Hej kochani! Jak wiecie, 15 lutego zakończył się nabór kolejnej autorki/autora.
Chciałybyśmy, żebyście ciepło i uprzejmie powitali nową autorkę :)
Na początku chcemy powiedzieć (tak od serca), że jej praca ujęła nas od początku.
Jest to naprawdę dobry imagin, więc myślimy, że wam również się spodoba. (mamy taką nadzieję)
Okej, koniec owijania w bawełnę...
Oto imagin 15letniej Joli - March :) (na pewno sama opowie wam historię powstania nicku)
Kilka spraw organizacyjnych pod imaginem :)
Louis <3
*perspektywa (T.I)*
Obudziłam się. Znowu. Chwilami zaczynam się zastanawiać po co jeszcze żyję. Przecież już pół roku temu dowiedziałam się, że jestem śmiertelnie chora. Wtedy chciałam żyć i cieszyć się każdą chwilą, ale mam już tego dosyć. Już nie widzę pozytywów w moim jakże ubogim świecie.
No cóż, w takim wypadku spróbuję sobie to chociaż urozmaicić. Z tą myślą zczołgałam się z łóżka i ruszyłam w stronę kuchni, gdzie z szafki wyjęłam butelkę wódki. Może nie jest to rozwiązanie, ale chwilowo musiało mi wystarczyć, a ja i tak nie mam już nic do stracenia. Przyłożyłam butelkę do ust i upiłam kilka łyków. Alkohol drażnił mi gardło. Przynajmniej coś czułam, bo ostatnio jakoś zobojętniałam na wszystko co mnie otacza i co się dzieje wokół, w tym również na ból. Przeszłam do salonu, gdzie chciałam walnąć się na kanapę i leżeć do końca życia. Nie było mi to jednak dane. Wchodząc do pokoju potknęłam się o jakieś ubranie rzucone tam niewiadomo kiedy. Tak więc, teraz leżę na podłodze kałuży alkoholu i potłuczonego szkła. Tego było dla mnie za wiele. Czara goryczy została przelana. Z moich oczu pociekły łzy. Stwierdzenie, że płakałam byłoby ogromnym niedopowiedzeniem. Ryczałam i darłam się w niebogłosy. No tak, przecież to jedyne co mi wychodzi - użalanie się nad sobą. W pewnej chwili zabrakło mi sił i odpłynęłam w objęcia Morfeusza.
Jednak ten stan ukojenia nie trwał długo. Do mojego domu wpadł mój najlepszy i jedyny przyjaciel Louis. No tak. Już wiem czemu jeszcze się nie zabiłam. Otóż stojący tutaj pan Tomlinson mi nie pozwala. Nie miałam nic, on jest wszystkim co mi zostało. Nie chciałam go zawieść, ale zaczynało brakować mi chęci do życia, przy którym on za wszelką cenę chciał mnie utrzymać. Postanowiłam udawać, że śpię póki jeszcze nie zauważył, że go obserwuję.
- Cholera, (T.I)! Co ty znowu zrobiłaś?!- usłyszałam jego krzyk.
- Nie drzyj się na mnie! Jeszcze nic nie zdążyłam zrobić!- odparłam mu w ten sam sposób. Nie wiem dlaczego, ale w takich chwilach nie potrafiłam być dla niego miła.
- Czemu zawsze muszę znajdować cię naćpaną, upitą lub wszystko naraz?!- w jego głosie słyszałam złość, ale gdy postawił mnie na nogi w jego oczach widziałam tylko smutek. Spuściłam, wzrok, bo nie mogłam znieść tego spojrzenia. Mimo tego jak bardzo próbowałam nie zwracać uwagi na Lou, gdy „urozmaicałam sobie życie” cierpiałam patrząc na to jak bardzo się o mnie martwi.
- Przepraszam, Lou!- krzyknęłam rzucając mu się na szyję. – Nie chciałam żebyś był smutny… ale już naprawdę inaczej sobie nie radzę- przełamałam się i spojrzałam mu w oczy. Jego piękne, niebieskie tęczówki zamglone były przez łzy. Cholera. Do tego doprowadzić nie chciałam. Wtuliłam się mocniej w jego klatkę piersiową.
- Zauważyłaś, że zawsze mówisz to samo?- spytał Louis, ale zanim zdążyłam odpowiedzieć mówił dalej. – Czasami zastanawiam się co ja tu jeszcze robię, bo ty nie bardzo liczysz się z moimi uczuciami… - urwał na chwilę. – (T.I), ty nie możesz tak żyć! Pozwól sobie pomóc – tym razem jego głos wypełniła nuta desperacji.
Zapadła cisza. Nie należała jednak do tego przyjemnego milczenia. Była tak uciążliwa, że jedyne czego pragnęłam to ją przerwać. Tylko, że nie umiałam znaleźć słów, żeby wypełnić tą pustkę.
- Jak chcesz mi pomóc?- spytałam w końcu. – Jestem śmiertelnie chora. Dla mnie już nie ma ratunku – uśmiechnęłam się smutno.
- Zawsze jest jakieś wyjście- odparł pewny, że mówi prawdę. – Jutro zabiorę cię na badania i zobaczysz.
- O nie! Na to nie licz!- krzyknęłam. – Nie pójdę do żadnego szpitala!
Odkąd dowiedziałam się o chorobie nie byłam w szpitalu ani u lekarza. Unikałam tych miejsc jak ognia i tak szczerze powiedziawszy nie chciałam tego zmieniać.
- Nie obchodzi mnie co myślisz. Wezmę cię tam choćbym musiał to zrobić siłą- powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Jeszcze zobaczymy- mruknęłam pod nosem.
Louis spojrzał na zegarek.
- Cholera! Późno już! Muszę lecieć- powiedział. – Błagam nie zrób sobie krzywdy do jutra – poprosił. Niepewnie skinęłam głową.
- Spróbuję- mruknęłam, chociaż wiedziałam, że nie dotrzymam słowa.
- Ok!- Lou pocałował mnie w policzek i już go nie było.
A więc znowu jestem sama. Super. Chyba pozbieram trochę to szkło. Poszłam po miotłę i zaczęłam zamiatać, gdy usłyszałam dźwięk przychodzącego sms-a. z westchnieniem wzięłam do ręki telefon.
„Będę u Cb jutro około 12. Ogarnij się trochę do tego czasu, proszę. Lou :* ”
No pewnie, że będę ogarnięta, ale nie koniecznie tak jak byś chciał…
***
*perspektywa Louisa*
Było już po jedenastej, kiedy wyszedłem z domu. Wsiadłem do samochodu i przekręciłem kluczyk w stacyjce. Do (T.I) nie było daleko, po 10 minutach stałem już pod jej domem. Nawet nie pukając wszedłem do mieszkania.
- (T.I)?!- zawołałem.
Odpowiedziała mi jedynie cisza. Coś mi tu nie gra. Zajrzałem do salonu. Pusto. W kuchni też. Sypialnia wygląda jakby przeszedł w niej tajfun, ale też jest pusta. Tracąc nadzieję wszedłem do łazienki i to co zobaczyłem mnie rozwaliło. Najpierw w oczy rzucił mi się napis na ścianie (swoją drogą pisaną krwią)- „PRZEPRASZAM LOU”. A na podłodze leżała (T.I). w jednej ręce ściskała żyletkę, a druga była cała pocięta. Szybko rzuciłem się w jej kierunku.
- (T.I)!- krzyknąłem i lekko nią potrząsnąłem. Nie zareagowała. Przyłożyłem palce do jej szyi szukając pulsu. Wreszcie go wyczułem, ale był bardzo słaby. Cholera! Zostało mało czasu. Złapałem jakąś bluzkę i zrobiłem prowizoryczną opaskę uciskową, żeby się nie wykrwawiła. Ok, teraz szybko do szpitala. Pędziłem jak wariat nie zwracając uwagi na światła. Ludzie trąbili, ale ja nie zwracałem na to uwagi. W tej chwili najważniejsze było uratować (T.I), nic innego się nie liczyło. Miałem szczęście, że nie spowodowałem wypadku. Wpadłem do szpitala zostawiając samochód w niedozwolonym miejscu.
- Którędy na izbę przyjęć?!- krzyknąłem w stronę jakiejś pielęgniarki. Wystraszona wskazała mi drzwi po drugiej stronie korytarza. Ruszyłem tam biegiem.
- Szybko! Ona się wykrwawi!- krzyknąłem wpadając do wskazanego pomieszczenia.
-Spokojnie!- odparł mi lekarz i kazał położyć dziewczynę na łóżku. – Co się stało?- spytał sprawdzając puls.
-Pocięła się, bo nie chciała iść na badania. Ona jest śmiertelnie chora i odkąd się o tym dowie działanie chce nic słyszeć o lekarzach- odparłem jednym tchem. – Proszę ją uratować- spojrzałem błagalnie na doktora.
-Zrobię wszystko co w mojej mocy, a teraz proszę opuścić salę- powiedział i zaczął delikatnie pchać mnie w stronę drzwi.
Oszołomiony wykonałem polecenie. Muszę się uspokoić. Oparłem czoło na o chłodną ścianę. Wdech, wydech. Wszystko będzie dobrze. Musi być. Nie mogę jej stracić. Czemu? Dopiero kiedy (T.I) jest na progu śmierci zrozumiałem, że ją kocham. Kocham jej piękne, zielone oczy, cudowne, ciemne włosy i dźwięczny śmiech, którego tak dawno już nie słyszałem. Kocham wszystko co ją przedstawia, każdy szczegół. Dla mnie była idealna.
-Czy to pański samochód stoi przed szpitalem?- nawet nie zauważyłem kiedy podeszła do mnie pielęgniarka .
-Tak. Przepraszam, już go przestawiam- spróbowałem się uśmiechnąć, ale raczej mi to nie wyszło.
Nie myśląc o tym co robię przestawiłem pojazd na parking i szybko wróciłem do środka. Z izby przyjęć właśnie wyjeżdżało łóżko, na którym leżała (T.I).
-Panie doktorze, co z nią?- spytałem podbiegając do lekarza.
-Straciła dużo krwi, ale jej stan jest stabilny. Wykonamy jeszcze kilka badań, ale wszystko powinno być dobrze. Zostanie u nas przez jakiś czas- odpowiedział.
-Dziękuję, doktorze... Davis- dokończyłem patrząc na plakietkę na jego piersi.
-Nie ma za co- mężczyzna uśmiechnął się do mnie. – Proszę już iść do swojej dziewczyny- powiedział, na co ja się zarumieniłem.
-To nie jest moja dziewczyna- mruknąłem. – Jeszcze raz dziękuję- powiedziałem i ruszyłem w stronę sali, w której leżała (T.I).
Stanąłem w progu. Jaka ona jest blada i krucha. Usiadłem koło jej łóżka i ścisnąłem jej dłoń. Wśród tych białych ścian i maszyn monitorujących jej funkcje życiowe była taka mała i niewinna.
-Jestem tu z tobą. Wszystko będzie dobrze, nie bój się- powiedziałem pomimo, że była nieprzytomna. Czuwałem przy niej aż czas odwiedzin dobiegł i musiałem wrócić do domu.
***
Następnego dnia obudziłem się wcześnie. Nie wyspałem się, ale i tak już nie zasnę. Wstałem więc i w miarę się ogarniając pojechałem do szpitala do (T.I). Wszedłem do budynku i podszedłem do kontuaru, za którym siedziała jakaś kobieta.
-Dzień dobry. Gdzie znajdę doktora Davisa?- spytałem.
-W pokoju lekarskim na pierwszym piętrze- odpowiedziała.
-Dziękuję.
Wszedłem po schodach i rozglądając się po korytarzu wreszcie trafiłem. Zapukałem i lekko uchyliłem drzwi.
-Dzień dobry, nie przeszkadzam?- spytałem.
-O, dzień dobry. Proszę wejść- powiedział doktor Davis podnosząc na mnie wzrok znad sterty papierów.- Czym mogę służyć?
-Chciałem spytać co z (T.I)? Są już wyniki badań?
-Tak… Właśnie je przeglądałem- urwał i spojrzał na mnie ze smutkiem.- Przykro mi, ale nie możemy nic dla niej zrobić. Jej choroba rozwinęła się do tego stopnia, że żadne leki już nie pomogą. Zostało jej niewiele czasu, proszę go wykorzystać jak najlepiej.
-Ile?- spytałem zrozpaczony.
-Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, przykro mi- mężczyzna wstał uznając rozmowę za skończoną.- Przepraszam, ale obowiązki wzywają- powiedział i wyszedł z pokoju.
Oszołomiony wyszedłem na korytarz. Czułem wzbierającą we mnie gorycz i pustkę. Miałem ochotę krzyczeć i rozwalać wszystko wokół, ale zamiast tego zanosząc się płaczem osunąłem się na podłogę. To się nie może tak skończyć. Nie tak to miał to wyglądać. Szlochałem coraz głośniej bijąc pięśćmi w podłogę. Gdy się choć raz prawdziwie zakochałem to wszystko musi nagle runąć. Życie jest cholernie niesprawiedliwe. Czemu nie możemy być jak te szczęśliwe pary, które spędzą ze sobą całe życie? Czy nasza historia nie może skończyć się happy endem? Zatracając się w smutku i nienawiści do losu jaki mnie spotkał wstałem i ruszyłem do łazienki. Spojrzałem w lustro, w którym odbijał się obraz nędzy i rozpaczy jaki prezentowałem. Zaczerwienione i zapuchnięte od płaczu oczy, wielkie wory z niewyspania i potargane włosy. Cudnie. Ochlapałem twarz zimną wodą próbując się opanować. Jest mi ciężko, ale nie mogę się poddać. Muszę być silny. Dla dobra (T.I). Ona jest najważniejsza. Ostatni raz spojrzałem na siebie i głęboko wciągając powietrze ruszyłem do (T.I).
Usiadłem koło jej łóżka ściskając jej dłoń.
-Cześć. Już jestem przy tobie. Wszystko będzie dobrze- tym ostatnim chyba bardziej chciałem przekonać siebie.
Spojrzałem czule na dziewczynę i pocałowałem ją w czoło.
-Wszystko będzie dobrze- szepnąłem raz jeszcze. Siedziałem przy niej w ciszy cały czas na nią patrząc i chcąc zapamiętać każdy jej szczegół.
Obudziłem się z głową opartą o brzuch (T.I). Nie wiem, kiedy zasnęłam ani ile minęło czasu. Podniosłem się trąc oczy pięściami.
-Cześć, śpiąca królewno- usłyszałem słaby głos (T.I).
-(T.I)!- spojrzałem na nią zdziwiony.- Jak dobrze, że się obudziłaś- przytuliłem ją najdelikatniej jak potrafiłem.
-Już, spokojnie, Louis. Żyję. Nie wiem po co, ale żyję- uśmiechnęła się do mnie widząc w moich oczach łzy. Tym razem łzy szczęścia.
-Nawet tak mów. Masz po co żyć- spojrzałem na nią zatapiając się w jej szmaragdowych tęczówkach.
-Nie prawda, nie jestem już nikomu potrzebna. Przecież i tak niedługo umrę…
-(T.I), nie mów tak. Jesteś mi potrzebna. Jesteś mi potrzebna jak nikt inny, bo cię kocham.
-W takim razie przestań.
-Co?- spojrzałem na nią nic nie rozumiejąc.
-To co słyszałeś. Przestań, bo ja umrę, a ciebie to Wtedy mniej bolało- tym razem w jej oczach zaszkliły się łzy.- Odejdź, póki jeszcze nie jest za późno…
-Jest za późno… Ja już cię kocham tak mocno, że możesz tego zmienić.
-Nie! Nie możesz! Nie możesz, bo będziesz przeze mnie cierpiał! A ja nie mogę na to pozwolić!- jej krzyk przeobraził się w histeryczny szloch.- Nie możesz!- łkała dalej.
-Ciii… Wszystko będzie dobrze- przytuliłem ją głaszcząc po głowie.- Spokojnie. Wszystko będzie dobrze…
-Przepraszam- wyszeptała dziewczyna, gdy już się uspokoiła.- Przepraszam, ale ja nie chcę żebyś przeze mnie cierpiał… bo cię kocham- dokończyła prawie bezgłośnie patrząc mi w oczy.
Bez zastanowienia pochyliłem się nad nią i delikatnie ją pocałowałem. Gdy chciałem się odsunąć ona przyciągnęła mnie bliżej i mocno wpiła się w moje wargi. Trwaliśmy tak, dopóki nie zabrakło nam tchu, a jej serce zaczęło wariować.
-Kocham cię- szepnąłem.
-Ja ciebie też, Lou- odparła gładząc mój policzek dłonią.
Te trzy słowa sprawiły, że byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
***
Kilka dni później (T.I) wypuścili ze szpitala. Uzgodniliśmy rozwiązanie, które nas obojga zadowalało.
Było ciemno, gdy ruszyliśmy obejmując się w stronę Tower Bridge. Ona wiedziała, że niedługo umrze, a ja wiedziałem, że bez niej sobie nie poradzę. To było dobre wyjście.
Ostrożnie wspiąłem się na barierkę i pomogłem dziewczynie stanąć obok mnie. Trzymaliśmy się za ręce. Ostatni raz spojrzałem jej w oczy.
-Kocham cię (T.I)…
-Ja ciebie też, Louis…
Ostatni pocałunek. Odliczanie do trzech. Skoczyliśmy… i właśnie wtedy zza horyzontu wyjrzało słońce dając innym ludziom nową nadzieję…
„Though I try to get you out of my head
The truth is I got lost without you…”
*Cytat jest z piosenki „Half a heart” i znaczy mniej więcej: próbuję wyrzucić cię z mojej głowy, ale prawda jest taka, że bez ciebie się gubię.
Kochana Jolu witamy cię na pokładzie jako członka załogi ;) Mamy jeszcze jedną prośbę, abyś stworzyła konto na gmail'u (umożliwi to dodanie cię do autorek) To chyba na tyle... A pod następnym imaginem jaki dodasz powiedz coś o sobie ♥ Cieszymy się, że jesteś z nami, życzymy ci dużo weny i pomysłów. Gratulacje!
OMG!!! TAK SIĘ TRZĘSE ŻE LEDWO PISZĘ!!! MATKO JEDYNA KOCHAM WAS!!!!! ZROBIE TO JAK NAJSZYBCIEJ! KCKCKCKCKCKCKC!!!!!!
OdpowiedzUsuńMarch :)
Z tego wszystkiego zapomniałam Wam podziękować :) a więc: dzięki dzięki dzięki dzięki dzięki dzięki dzięki! Kocham Was!!!!
UsuńMarch :)
jejku nawet nie wiesz, jak się cieszę, że ty się cieszysz :) czytałam twoje komentarze i byłam mile zaskoczona, że to sprawia ci tak wielką radość. My też cię kochamy March ♥ Weny życzę
OdpowiedzUsuńMarch, wyślij nam wiadomość ze swoją nazwą w google + Posiadanie tego konta umożliwi dodanie cię do autorek :)
OdpowiedzUsuńPiękny imagin, dziewczyno masz talent <3
OdpowiedzUsuń