Mam do WAS proźbę. Każdy kto to przeczyta niech zostawi tutaj komentarz. PROSZĘ. To może być nawet wasze imię, ulubiona potrawa, wasz wiek. No cokolwiek. Chcę wiedzieć ile was jest.
wasza Julu ♥
Zbiegłem szybko po schodach. Nagle poczułem czyjeś dłonie, oplatające się w okół mojego ramienia. Spojrzałem na kobietę w średnim wieku.
- My już wiemy, co się stało. - nic nie rozumiałem.
Spojrzałem na nią pytająco.
- Jestem Sara Brown. Dziś będzie pogrzeb MOJEJ córki. Wy macie więcej szczęścia. - uśmiechnęła się do mnie słabo.
- Bardzo mi przykro... - wymamrotałem.
Z wypowiedzi kobiety wywnioskowałem jedno: (t.i.) żyje.
- Jedź z powrotem do szpitala, tylko ich tam nie pozabijaj, więcej trumien nie mają. - kobieta w czerni wsprła się na ramieniu swojego męża i ruszyła na ostatnie pożegnanie z córką.
Czułem się nie fair wobec niej. Ona straciła dziecko, a ja cieszyłem się, że to ONA umarła, a nie moje kochanie. Sara odwróciła się, dosłownie jakby wiedziała co myślę i uśmiechnęła się do mnie.
- Idź. Tak miało być. - zniknęła za dzwiami.
Wsiadłem do samochodu i zapaliłem silnik. Usłyszałem stuknięcie w szybę. To Louis. Otworzyłem okno.
- A ty gdzie? - spytał szatyn.
- Dzięki, poradzę sobie. - nacisnąłem pedał gazu.
Chłopak odskoczył, a gdy się zorientował co sie stało rzucił w niebo jakieś przekleństwo. Cholera. To w końcu jego samochód. Westchnąłem i zawróciłem.
- Wsiadaj. - naburmuszony wskoczył na przednie siedzenie.
- Dzięki. To mój wóz. Jedź ostrożnie i nie zarysuj lakieru. - zaczynał mnie irytować.
- Nie spinaj się. - gips zaczynał mi przeszkadzać.
Wyjechaliśmy z parkingu. Moja stopa jakby przykleiła się do pedała gazu. Pędziłem ulicami tego cholernego miasta. Z piskiem opon zatrzymałem się przed budynkiem szpitala. Zdenerwowany rzuciłem się pędem przed siebie. Wbiegłem na korytarz i od razu pobiegłem do gabitenu doktora. Jakaś pielęgniarka próbowała mnie zatrzymać, ale się jej wyrwałem. Zapukałem w drzwi i wszedłem do gabinetu.
- Dzień dobry panie Styles.
- Gdzie ona jest i co tu zaszło?! - czekałem na wyjaśnienia.
- Niech pan usiądzie...
- Postoję. Prosze mówić. - ponagliłem ją.
- Czy (t.i.) (t.n.) była w ciąży w czasie wypadku?
- Cholera jasna, tak była. Kto tu jest lekarzem?! Ja czy pan?! - moja wytrzymałość pomału słabła.
- (t.i.) została przewieziona do szpitala na placu św. Macieja.
- Czemu wpłynęła do mnie informacja o jej śmierci! Co byście zrobili, gdybym popełnił samobójstwo? Hym?
- Tak, to rzeczywiście była wielka klapa, ale takie są wypadki.
- Jak to sie stało?
- Dziewczyna wyczołgała się z pańskiego auta na dużą odległość i dopiero wtedy straciła przytomność. Mężczyzna, który spowodował wypadek potrącił jeszcze jedną uczestniczkę ruchu. Panią Brown. Na miejscu wypadku ratownicy znaleźli ją niedaleko pańskiego samochodu i czytając dokumenty z torebki pani (t.i.) stwierdzili, że to ona. Po prostu nastapiła pomyłka.
Westchnąłem. Byłem blady z emocji. Nie wiedziałem, czy to po prostu zwykłe szczęście, czy czyn opatrzności.
- Dziękuję za wszystko. - postarałem się ochłonąć. - Czy (t.i.) była w tym szpitalu? Miała robione jakieś badania?
- Niestety nie, jej stan był krytyczny, więc odesłaliśmy ją do szpitala, specjalizującego się w ratowaniu dzieci i matek...
Nie słuchałem już lekarza. Miałem go po dziurki w nosie. Znów dopadłem samochodu Louisa. Chłopak siedział na miejscu kierowcy.
- Gdzie tym razem?
- Plac św. Macieja. Szybko.
Musieliśmy jechać na drugi koniec miasta. Było mi niedobrze. Nie wiedziałem, czy to z szybkiej jazdy, czy z obawy o moją (t.i.). Ostatnia przecznica przed placem była zakorkowana. Nie mogłem dłużej czekać. Wyskoczyłem z samochodu i biegnąc wśród aut zbliżałem sie do szpitala. Zziajany i spocony dobiegłem do recepcji.
- Gdzie jest (t.i.) (t.n.)? Jestem ojcem dziecka.
- Drugie piętro, trzeci blok, pokój 34
Znów zacząłem morderczy bieg. Dotarłem na miejsce i stanałem przed drzwiami.
- Proszę żyj. - wyszeptałem i drżącymi rękami otworzyłem drzwi.
_________________________________________________________________________________
*perspektywa (t.i.)*
Obudziłam się znowu w innej sali. Miałam tego dość. Nikt nie chciał mi powiedzieć, co stało się z Harrym. Nie wiedziałam kompletnie niczego. Nagle ktoś musnął moje spierzchnięte usta.
- Dziękuję. - usłyszałam cichy szept nad moim uchem.
Brązowe loki łaskotały mój policzek.
- Harry... Czy ja śpię?
- Nie. - ujął moje dłonie i ucałował je długo, cały czas patrząc w moje oczy.
Na jego policzkach pojawiły sie lśniące kropelki. Otarłam je, przejeżdżając powoli po jego policzkach.
- Dziękuję. - znów usłyszałem jego szept, a później poczułam jego ręce oplatające się w okół mojej talii.
- Auć. - syknęłam, gdy niechcący uderzył mnie gipsem.
- Przepraszam! - zaraz się ode mnie oderwał i odskoczył przerażony.
Zdusiłam śmiech. Pokazałam mu, żebu usiadł przy mnie. Przyciągną sobie drewniane krzesło i usiadł obok mojego łóżka. Oparłam głowę o niewygodna poduszkę i odszukałam jego dłoni. Splotłam nasze palce, które idealnie do siebie pasowały.
- Przepraszam...
- Harry, nie masz za co mnie przepraszać. - mówienie przychodziło mi z trudem.
Chłopak to dostrzegł i podał mi kubek z wodą. Łapczywie połknęłam płyn czując palący bół w moim przełyku. Z trudem połknęłam wodę i odstawiłam kubek.
- Boli cię?
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie kłam.
Oh Harry, Harry jak ty mnie znasz. Spojrzałam na niego z czułością. Miał rękę w gipsie, a głowę owinietą bandażem.
- Zemdlałem i uderzyłem sie o kant twojego łóżka, gdy tu wszedłem. - wyjaśnił.
- Czy... - nagle w mojej głowie pojawiła się czerwona lampka.
- Tobie nic nie jest, jesteś potłuczona i złamałaś obojczyk. Stwierdzono również uraz głowy, więc musisz pozostać na obserwacjach. Ale żyjesz. - ścisnął mocniej moją rękę.
- Harry ja nie o tym mówię...
- Mogę pana prosić? To ważne. - w drzwiach pojawił się lekarz.
- Już idę. - chłopak wstał i ucałował mnie w czoło.
Później zostałam sama. Widziałam, że chyba się cos stało. Harry nie nawiązywał do dziecka. Nic o nim nie mówił. Bałam się najgorszego.
Podniosłam się z łóżka. Sprawiło mi to wielki ból, ale nie dałam za wygrana. Chwyciłam stojak z kroplówką i wolnym krokiem ruszyłam w stronę drzwi. Uchyliłam je i wyjrzałam na korytarz.
- Niestety, ale pańska narzeczona straciła tego malucha. Nie zdążyliśmy go uratować. Miał mniej szczęścia... - przed oczami pojawiły się czarne plamy.
W mojej głowie kłębiły się różne myśli, dotyczące tego samego: DZIECKA.
Poczułam jak czyjeś ramiona łapią mnie w pasie. Ostatnią rzaczą jaką pamiętam była twarz Harrego. Mówił coś do mnie, ale nie wiem co. Bałam sie tej ciemności, która zapadła. Ciemność nie wróży nic dobrego.
_________________________________________________________________________________
*kilka godzin później*
Znów się obudziłam. Nie chciałam się budzić. Nie dzisiaj, nie teraz, już nigdy. To wszystko nie miało sensu. Przecież... Cicho jęknęłam. Tym razem byłam sama w sali. Nie miałam żalu do Harrego, pewnie też się załamał. Nagle obraz się zamazał. zaczęłam płakać. Odwróciłam się w stronę okna i zamknęłam oczy, przytulając do policzka róg kołdry. Świat już dla mnie nie istnieje. Poczułam, że ktoś siada na łóżku.
- (t.i.)... - zawyłam i wtuliłam się w niego.
Poczułam bicie jego serca.
- Cicho... - szeptał i głaskał mnie po głowie.
Spojrzałam w jego oczy.
- Dlaczego? - znów napłynęła kolejna fala łez.
Moczyłam koszulę chłopaka, jednak on tego nie zauważał.
- (t.i.) nie płacz. To nie tak, jak myslisz. Poczekaj. Uspokój się.
- Harry, przecież go już nie ma.
- Przestań. Poczekaj tu. - chłopak opuścił pomieszczenie.
Na pewno byłam nieznośna. Dziwiło mnie jednak opanowanie Harrego. Był jakby... szczęśliwy? O co w tym wszystkim chodzi? - z rozmyślań wyrwał mnie krzyk dziecka.
Zielonooki wszedł do pokjoju, ściskając w rękach mały, niebieski kocyk. Usiadł na łóżku i podał mi zawiniątko. ie wiedziałam o co chodzi. Gdy kocyk znalazł sie w moich ramionach uspokoił się. Był taki mały. Zdenerwowana odchyliłam rąbek materiału z jego twarzy i juz wiedziałam. To przecież mały Harry.
- To nasz synek.
Spojrzałam na chłopaka. Znów zaczęłam płakać. Nasz... SYNEK?
- Ale przecież lekarz mówił, że on nie żyje. - chłopak wziął z moich rąk zawiniątko, ucałował je i położył do inkubatora.
Nastepnie usiadł przy mnie i mocno do siebie przytulił. Potem odsunął mnie na odległość swoich ramion i spojrzał mi w oczy.
- Skarbie, my... byłaś w ciąży bliźniaczej. Drugi chłopczyk nie przeżył. Przykro mi. - wiedziałam, że starał się być opanowany, ale zdradziła go drżąca warga.
Znów mnie przytulił , a potem pocałował.
Uśmiechnęłam się do niego, bo w końcu byłam szczęśliwa.
- Mamy jeszcze Louisa...
- Nie, nie, nie... O nie, tylko nie Louisa!
Zrobiłam minę słodkiego szczeniaczka.
- Dla mnie to może być nawet Bob. Byle, żeby był. - dał w końcu za wygraną.
- Nie spinaj się. - gips zaczynał mi przeszkadzać.
Wyjechaliśmy z parkingu. Moja stopa jakby przykleiła się do pedała gazu. Pędziłem ulicami tego cholernego miasta. Z piskiem opon zatrzymałem się przed budynkiem szpitala. Zdenerwowany rzuciłem się pędem przed siebie. Wbiegłem na korytarz i od razu pobiegłem do gabitenu doktora. Jakaś pielęgniarka próbowała mnie zatrzymać, ale się jej wyrwałem. Zapukałem w drzwi i wszedłem do gabinetu.
- Dzień dobry panie Styles.
- Gdzie ona jest i co tu zaszło?! - czekałem na wyjaśnienia.
- Niech pan usiądzie...
- Postoję. Prosze mówić. - ponagliłem ją.
- Czy (t.i.) (t.n.) była w ciąży w czasie wypadku?
- Cholera jasna, tak była. Kto tu jest lekarzem?! Ja czy pan?! - moja wytrzymałość pomału słabła.
- (t.i.) została przewieziona do szpitala na placu św. Macieja.
- Czemu wpłynęła do mnie informacja o jej śmierci! Co byście zrobili, gdybym popełnił samobójstwo? Hym?
- Tak, to rzeczywiście była wielka klapa, ale takie są wypadki.
- Jak to sie stało?
- Dziewczyna wyczołgała się z pańskiego auta na dużą odległość i dopiero wtedy straciła przytomność. Mężczyzna, który spowodował wypadek potrącił jeszcze jedną uczestniczkę ruchu. Panią Brown. Na miejscu wypadku ratownicy znaleźli ją niedaleko pańskiego samochodu i czytając dokumenty z torebki pani (t.i.) stwierdzili, że to ona. Po prostu nastapiła pomyłka.
Westchnąłem. Byłem blady z emocji. Nie wiedziałem, czy to po prostu zwykłe szczęście, czy czyn opatrzności.
- Dziękuję za wszystko. - postarałem się ochłonąć. - Czy (t.i.) była w tym szpitalu? Miała robione jakieś badania?
- Niestety nie, jej stan był krytyczny, więc odesłaliśmy ją do szpitala, specjalizującego się w ratowaniu dzieci i matek...
Nie słuchałem już lekarza. Miałem go po dziurki w nosie. Znów dopadłem samochodu Louisa. Chłopak siedział na miejscu kierowcy.
- Gdzie tym razem?
- Plac św. Macieja. Szybko.
Musieliśmy jechać na drugi koniec miasta. Było mi niedobrze. Nie wiedziałem, czy to z szybkiej jazdy, czy z obawy o moją (t.i.). Ostatnia przecznica przed placem była zakorkowana. Nie mogłem dłużej czekać. Wyskoczyłem z samochodu i biegnąc wśród aut zbliżałem sie do szpitala. Zziajany i spocony dobiegłem do recepcji.
- Gdzie jest (t.i.) (t.n.)? Jestem ojcem dziecka.
- Drugie piętro, trzeci blok, pokój 34
Znów zacząłem morderczy bieg. Dotarłem na miejsce i stanałem przed drzwiami.
- Proszę żyj. - wyszeptałem i drżącymi rękami otworzyłem drzwi.
_________________________________________________________________________________
*perspektywa (t.i.)*
Obudziłam się znowu w innej sali. Miałam tego dość. Nikt nie chciał mi powiedzieć, co stało się z Harrym. Nie wiedziałam kompletnie niczego. Nagle ktoś musnął moje spierzchnięte usta.
- Dziękuję. - usłyszałam cichy szept nad moim uchem.
Brązowe loki łaskotały mój policzek.
- Harry... Czy ja śpię?
- Nie. - ujął moje dłonie i ucałował je długo, cały czas patrząc w moje oczy.
Na jego policzkach pojawiły sie lśniące kropelki. Otarłam je, przejeżdżając powoli po jego policzkach.
- Dziękuję. - znów usłyszałem jego szept, a później poczułam jego ręce oplatające się w okół mojej talii.
- Auć. - syknęłam, gdy niechcący uderzył mnie gipsem.
- Przepraszam! - zaraz się ode mnie oderwał i odskoczył przerażony.
Zdusiłam śmiech. Pokazałam mu, żebu usiadł przy mnie. Przyciągną sobie drewniane krzesło i usiadł obok mojego łóżka. Oparłam głowę o niewygodna poduszkę i odszukałam jego dłoni. Splotłam nasze palce, które idealnie do siebie pasowały.
- Przepraszam...
- Harry, nie masz za co mnie przepraszać. - mówienie przychodziło mi z trudem.
Chłopak to dostrzegł i podał mi kubek z wodą. Łapczywie połknęłam płyn czując palący bół w moim przełyku. Z trudem połknęłam wodę i odstawiłam kubek.
- Boli cię?
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie kłam.
Oh Harry, Harry jak ty mnie znasz. Spojrzałam na niego z czułością. Miał rękę w gipsie, a głowę owinietą bandażem.
- Zemdlałem i uderzyłem sie o kant twojego łóżka, gdy tu wszedłem. - wyjaśnił.
- Czy... - nagle w mojej głowie pojawiła się czerwona lampka.
- Tobie nic nie jest, jesteś potłuczona i złamałaś obojczyk. Stwierdzono również uraz głowy, więc musisz pozostać na obserwacjach. Ale żyjesz. - ścisnął mocniej moją rękę.
- Harry ja nie o tym mówię...
- Mogę pana prosić? To ważne. - w drzwiach pojawił się lekarz.
- Już idę. - chłopak wstał i ucałował mnie w czoło.
Później zostałam sama. Widziałam, że chyba się cos stało. Harry nie nawiązywał do dziecka. Nic o nim nie mówił. Bałam się najgorszego.
Podniosłam się z łóżka. Sprawiło mi to wielki ból, ale nie dałam za wygrana. Chwyciłam stojak z kroplówką i wolnym krokiem ruszyłam w stronę drzwi. Uchyliłam je i wyjrzałam na korytarz.
- Niestety, ale pańska narzeczona straciła tego malucha. Nie zdążyliśmy go uratować. Miał mniej szczęścia... - przed oczami pojawiły się czarne plamy.
W mojej głowie kłębiły się różne myśli, dotyczące tego samego: DZIECKA.
Poczułam jak czyjeś ramiona łapią mnie w pasie. Ostatnią rzaczą jaką pamiętam była twarz Harrego. Mówił coś do mnie, ale nie wiem co. Bałam sie tej ciemności, która zapadła. Ciemność nie wróży nic dobrego.
_________________________________________________________________________________
*kilka godzin później*
Znów się obudziłam. Nie chciałam się budzić. Nie dzisiaj, nie teraz, już nigdy. To wszystko nie miało sensu. Przecież... Cicho jęknęłam. Tym razem byłam sama w sali. Nie miałam żalu do Harrego, pewnie też się załamał. Nagle obraz się zamazał. zaczęłam płakać. Odwróciłam się w stronę okna i zamknęłam oczy, przytulając do policzka róg kołdry. Świat już dla mnie nie istnieje. Poczułam, że ktoś siada na łóżku.
- (t.i.)... - zawyłam i wtuliłam się w niego.
Poczułam bicie jego serca.
- Cicho... - szeptał i głaskał mnie po głowie.
Spojrzałam w jego oczy.
- Dlaczego? - znów napłynęła kolejna fala łez.
Moczyłam koszulę chłopaka, jednak on tego nie zauważał.
- (t.i.) nie płacz. To nie tak, jak myslisz. Poczekaj. Uspokój się.
- Harry, przecież go już nie ma.
- Przestań. Poczekaj tu. - chłopak opuścił pomieszczenie.
Na pewno byłam nieznośna. Dziwiło mnie jednak opanowanie Harrego. Był jakby... szczęśliwy? O co w tym wszystkim chodzi? - z rozmyślań wyrwał mnie krzyk dziecka.
Zielonooki wszedł do pokjoju, ściskając w rękach mały, niebieski kocyk. Usiadł na łóżku i podał mi zawiniątko. ie wiedziałam o co chodzi. Gdy kocyk znalazł sie w moich ramionach uspokoił się. Był taki mały. Zdenerwowana odchyliłam rąbek materiału z jego twarzy i juz wiedziałam. To przecież mały Harry.
- To nasz synek.
Spojrzałam na chłopaka. Znów zaczęłam płakać. Nasz... SYNEK?
- Ale przecież lekarz mówił, że on nie żyje. - chłopak wziął z moich rąk zawiniątko, ucałował je i położył do inkubatora.
Nastepnie usiadł przy mnie i mocno do siebie przytulił. Potem odsunął mnie na odległość swoich ramion i spojrzał mi w oczy.
- Skarbie, my... byłaś w ciąży bliźniaczej. Drugi chłopczyk nie przeżył. Przykro mi. - wiedziałam, że starał się być opanowany, ale zdradziła go drżąca warga.
Znów mnie przytulił , a potem pocałował.
Uśmiechnęłam się do niego, bo w końcu byłam szczęśliwa.
- Mamy jeszcze Louisa...
- Nie, nie, nie... O nie, tylko nie Louisa!
Zrobiłam minę słodkiego szczeniaczka.
- Dla mnie to może być nawet Bob. Byle, żeby był. - dał w końcu za wygraną.
Czemu cały czas pisałaś, że ktoś umarł?! Ale mimo to genialny imagin :)
OdpowiedzUsuńCzytam!
OdpowiedzUsuńŚwietny imagin, cały czas zostawiałaś w napieciu czy ktoś żyjęa tu tylko 2 osoby nie żyją :(
A mam taki humor...
Życzę weny!
Edzia