Hej tu Julu :) Wreszcie skończyłam dla was imagina, skarby! Taki mój mały prezencik. Część pierwsza jest TU (gdyby ktoś zapomniał) Mam nadzieję, że wam się spodoba i zostawicie tu kilka komentarzy (taki prezent dla mnie).
Pojawiają się przekleństwa!
ps. przepraszam za błędy i za to, że jest on taki beznadziejny...
- Wysiadka, księżniczko. - poczułam jak czyjaś silna dłoń oplata się wokół mojego ramienia.
Jęknęłam, gdy właściciel tej ręki dosłownie wywlókł mnie z czarnej furgonetki, a potem popchnął na ziemię. Upadłam i poczułam silne pieczenie na mojej prawej dłoni. Zmrużyłam oczy. Od palców sączyła się brunatna ciecz, która powoli spływała w dół po moim nadgarstku.
- Ty sukinsynie. - wyszeptałam.
Zaraz poczułam silne uderzenie i złapałam się za piekący policzek.
- To cię nauczy posłuszeństwa, gówniaro! - nie miałam już siły wstać i przywalić mu w twarz.
- Fred zostaw ją. Zaprowadź naszą damę... wiesz gdzie. - dryblas, który mnie uderzył posłusznie podniósł mnie z ziemi, przerzucił mnie przez swoje prawe ramię, jakbym była workiem ziemniaków, a nie człowiekiem i poszedł ze mną do jakiegoś budynku.
Najpierw kopałam go i biłam pięściami w jego plecy, ale zaprzestałam gdy nie widziałam z jego strony żadnej reakcji.
Nagle poczułam ziemię pod stopami. Fred otworzył mi jakieś drzwi i wepchnął mnie do środka. Znów upadłam na podłogę.
- Miłej nocy, księżniczko. O ile przeżyjesz. - ostatnie zdanie wyszeptał z taką pogardą, a potem zatrzasnął drzwi.
Leżałam na zimnej posadzce i nie miałam siły się podnieść. Otworzyłam oczy i powiodłam wzrokiem po pomieszczeniu. Była to stara, okropna piwnica. Na środku tego pomieszczenia stały trzy słupy, które potrzymywały strop. Obok nich podłoga była nieco jaśniejsza, bo padał tam blask słoneczny z jedynego okna, jakie się tu znajdowało. Oprócz tego w piwnicy walały się sterty różnych, dziwnych rzeczy. Jakaś lina, beczka i worek. Spojrzałam na trzy słupy i oświetlone miejsce. Ostatkiem sił podciągnęłam się tam i oparłam plecami o szorstkie drewno. Podciągnęłam kolana pod brodę i zaczęłam płakać jak małe dziecko. Nie myślałam nawet o mojej zdartej dłoni. Znów się bałam. Zaczęłam krzyczeć, jednak przelękłam się jeszcze bardziej, gdy mój głos odbijał się po pomieszczeniu. Przestałam krzyczeć. Ukryłam twarz w dłoniach. Miałam już tego dosyć. Nagle poczułam, że ktoś zamkną mnie w swoim ciepłym uścisku. Nie myśląc wtuliłam się w tą osobę.
- Przepraszam. - usłyszałam cichy szept nad swoim uchem.
Podniosłam wzrok i ujrzałam niebieskie tęczówki Louisa.
- Zostaw mnie! - wyrwałam się z jego uścisku i wstałam ocierając resztki łez.
Odwróciłam się w stronę małego okienka.
- Zrobili ci coś?
Zamknęłam oczy.
- Co cię to kurwa obchodzi?! - wykrzyczałam mu prosto w twarz.
Spuścił głowę.
- Bo to przeze mnie tu jesteś...
- Nie no co ty? Naprawdę? - przewróciłam oczami.
- Przepraszam. - chłopak jeszcze raz powtórzył te słowa.
- To nic nie zmienia...
- Wiem.
- Ah, no to po prostu zajebiście.
- Nie przeklinaj!
- Nie możesz mi rozkazywać! Wogóle co ty sobie myślisz? - znów podniosłam głos.
- Teraz?
- Yhym.
- Że jestem totalnym dupkiem i nie wiem jak mogłem pozwolić, żeby ktoś cierpiał z mojego powodu.
Prychnęłam.
- Mogę ci jakoś pomóc? - odwrócił mnie, tak że znów lustrował moją twarz.
- Myślę, że to pytanie nie na miejscu... Oboje jeteśmy tu uwięzieni.
- Ale ty nie powinnaś tu być.
- Więc czemu jestem?
- Bo powiedziałem ci o gangu, a oni wystraszyli się, że pójdziesz z tym na policję. Gdybym ci o tym nie powiedział... Albo gdybym w ogóle tam nie trafił. To była najgorsza decyzja w moim życiu. To mnie zniszczyło od środka. Staram się z tym walczyć, ale czasem nie mogę...
- Co to znaczy?
- Em... wiesz jak jest. Wchodziliśmy do klubu, każdy wyrywał jakąś laskę, jedna noc, no i to wszystko. Bez żadnych skrupułów, bez szacunku, po prostu bez serca. Czasem kawałek mnie dalej zachowuje się, jakbym był jednym z nich, ale już nie jestem! Obiecałem sobie, że się zmienię i pracuję nad tym... - widziałam, że chłopakowi było bardzo ciężko o tym opowiadać.
Ja jednak milczałam. Nie potrafiłam mu zaufać. Nie wiedziałam, czy mnie po prostu nie okłamuje. Bałam się, że on jest taki sam jak tamci.
- (t.i.) ja cię stąd wyciągnę. Obiecuję.
- Nie obiecuj czegoś, czego nie wykonasz... - odwróciłam głowę i odeszłam od chłopaka, siadając na podłodze.
On usiadł na schodach prowadzących do drzwi.
- Śpij dobrze. - wpatrywałam się w chłopaka siedzącego na schodach, aż do momentu, kiedy jego obraz stał się niewyraźny. Potem widziałam już tylko ciemność.
następny dzień
Obudziłam się rano. Otworzyłam oczy. Duża dłoń Louisa przyciskała mnie do jego ciała. Najpierw ogarnęła mnie złość, jednak potem stwierdziłam, że było mi wygodnie i ciepło przez całą noc. Starałam się leżeć tak, żeby nie obudzić chłopaka.
- I tak oberwie. - pomyślałam i uśmiech wkradł się na moją twarz.
Nagle Louis cicho zachrapał mi do ucha.
Zachichotałam przez co go obudziłam. Zażenowany zaraz wypuścił mnie z uścisku, wstał i pomógł mi podnieść się z ziemi.
- Em... przepraszam, nie powinienem... - powędrował dłonią za kark.
Obdarzyłam go tylko przelotnym uśmiechem.
- Niech nie myśli, że mnie sobie zjednał. - znów moje szatańskie myśli.
Podeszłam do drzwi i spojrzałam przez dziurkę od klucza. Widziałam długi korytarz, i kilka innych drzwi. Zeszłam z powrotem do Louisa.
- Jak zamierzasz się stąd wydostać?
- Mam kilku kumpli. Zdążyłem wysłać im sms, zanim odebrali mi telefon. Jednak będziemy musieli trochę poczekać. Podobno dziś ma być tu jakaś impreza. Moi znajomi się wkręcą i uwolnią nas. - posłał mi idealny uśmiech, a ja go odwzajemniłam.
- Zjedz. - chłopak wyciągnął batonika z kieszeni spodni.
- Zawsze wszystkim rozkazujesz? - wzięłam od niego baton.
- Um... nie miało to tak zabrzmieć... - szturchnęłam go w bok.
- Żartuję. - podałam mu połówkę czekoladowego słodycza.
Zjedliśmy batona w milczeniu.
- Mamy jeszcze kilka godzin do imprezy. Powiesz mi coś o sobie? - chłopak usiadł, a mi przykazał to samo.
Oparłam głowę o jego ramię i zaczęliśmy rozmawiać.
- Boję się, że z tego nie wyjdziemy... - znów zatopiłam się w jego tęczówkach.
- Wyjdziemy. - splótł nasze palce.
Popatrzyłam się na niego pytająco, ale on tylko się uśmiechnął.
- Wyjdziemy, za kilka godzin. Mam nadzieję. - dodał szeptem.
kilka godzin później
Louis stał pod małym okienkiem, próbując coś zobaczyć.
- (t.i.) chodź tu! - przywołał mnie.
Stanęłam obok niego.
- Słucham... Louis, puść mnie! - chłopak uniósł mnie i posadził sobie na ramiona.
Podszedł ze mną do okna.
- Co widzisz?
- Em... dużo aut, jakieś dziewczyny i grupkę facetów.
- Jest czerwony, sportowy samochód?
- Tak... Stoi tam jakaś grupka.
- Jak wyglądają?
- Em... jeden to blondyn, obok niego stoi jakiś koleś w lokach, a na masce siedzi brunet i pali papierosa.
- To oni.
- Oni czyli kto?
- No moi kumple. Słuchaj, możesz otworzyć to okienko?
- Spróbuję. - chwyciłam za malutką, zardzewiałą klamkę.
Szarpałam mocno, jednak nic to nie dało. Okno pozostawało cały czas zamknięte.
- Nie dam rady. - przestałam siłować się z cholerną klamką.
Louis pomału uklęknął, a ja zeszłam z jego barków. Chłopak podbiegł do drzwi.
- Obok wejścia stoją jacyś kolesie. Nie będzie tak prosto. - cmoknął wymownie.
- Ale się wydostaniemy? - w moich oczach pojawiły się łzy.
- Tak, obiecuję ci to. - ujął moją twarz w swoje dłonie i starł opuszkami palców małe łezki.
Uśmiechnęłam się blado, jednak zaraz wyrwałam się z uścisku Louisa. Nie mogło tak między nami być. To niedorzeczność! Nie mogłam się zakochać! Co to, to nie!
- Ufasz mi? - głos chłopaka drżał.
- Nie wiem Louis, cały czas boję się tobie zaufać. Wiem tylko tyle, że na pewno nic nie może między nami powstać. Nie mogę obdarzyć cię jakimkolwiek uczuciem. Przykro mi. - spuściłam głowę.
Twarz chłopaka napięła się na dźwięk słów, które wypowiedziałam.
- W takim razie NIC między nami nie będzie. - stał się oziębły.
Chciałam coś powiedzieć, ale żadne słowo nie przechodziło mi przez gardło.
W tej samej chwili obok okienka pojawił się czyjś but. Louis od razu rzucił jakimś kamykiem w szybę. But poruszył się, a następnie w oknie pojawiła się głowa pokryta lokami. Uśmiechnęła się do Louisa i pokazała kciuk w górę.
Byłam bardzo szczęśliwa, bo wreszcie dostrzegłam cień nadziei.
- To jest Harry. - Louis wskazał na gościa w okienku.
Pomachałam mu i uśmiechnęłam się.
Przyjaciel Louisa mówił coś do niego bezgłośnie.
- Chcą wybić okno. W środku jest za dużo ludzi.
- Ale co to da? Okno jest za małe i poza tym jest dość wysoko.
- Odsuń się! - chłopak odciągnął dalej i schował za swoją osobą.
Chciałam już się temu sprzeciwić, jednak stwierdziłam, że to i tak nic nie pomoże. Louis zawsze ma to, co chce.
Chwilę później runął na nas grad odłamków szklanych. Najpierw Louis osłonił mnie swoją sylwetką, a zaraz potem złapał mnie w tali, posadził sobie na barkach.
- (t.i.) musisz się przez to przecisnąć!
- A co z tobą?!
- Najpierw ty, dasz radę.
Chłopaki oczyścili okno z resztek szkła. Chwyciłam się rękami za zewnętrzną obudowę i lekko podciągnęłam. Moja głowa przeszła już na drugą stronę, a zaraz za nią tułów i nogi. Blondyn pomógł mi wstać.
- Louis zaraz po ciebie wrócimy! - wziął mnie za rękę i pociągną w stronę auta.
- Co z nim? - spróbowałam spowolnić marsz.
- Wrócimy po niego. Przecież to mówiłem! - chłopak mocniej szarpnął moją rękę.
Biegliśmy do auta. Spojrzałam ostatni raz na małe, wybite okienko w murze.
Dobiegliśmy do samochodu.
Blondyn wepchnął mnie na tylne siedzenie i rzucił komórkę.
Usiadł obok mnie.
- Dzwoń na policję. - rozkazał. - Tylko bez szczegółów. Ogólnie. - dodał.
Wykonałam szybki telefon i zwięźle objaśniłam co się stało. Skończyłam rozmowę.
- Jak masz na imię? - spytał mulat.
- (t.i.).
- Okej. Ja jestem Zayn, to Harry, a ten obok ciebie to Niall. Będziesz nam potrzebna.
Słuchaj. Obok drzwi stoi dwójka facetów. Ja i Harry zajmiemy się nimi, a ty i Niall, otworzycie drzwi. Wszystko musi pójść szybko i sprawnie. Niall będzie cię osłaniał, gdy już uwolnicie Louisa biegnijcie do auta i ruszajcie, a my poczekamy na policję. Powiedzmy, że Lou nie ma dobrych kontaktów z panami mundurowymi. Jasne?
Skinęłam lekko głową, chodź byłam nieco przerażona. Bałam się, że nam się nie uda.
- To zaczynamy. Załóż okulary. - Niall podał mi czerwone okulary przeciwsłoneczne.
Wyszliśmy z auta.
Chłopaki osłaniali mnie, żebym jak najmniej rzucała się w oczy, jednak cały czas starali się, żeby wszystko poszło naturalnie. Zayn wszedł pierwszy i ruszył korytarzem do drzwi przy których stali gangsterzy. Skłonił lekko głowę i minął ich, to samo zrobił Harry. Następnie, gdy tamci nic nie podejrzewali, otrzymali nagle dwa potężne ciosy w głowę i osunęli się na ziemie. Mulat rzucił mi klucz. Podbiegłam w stronę drzwi. Niall pomagał im odciągnąć nieprzytomnych strażników, żeby nie rzucali się w oczy, a ja zmagałam się z ciężkimi drzwiami. Włożyłam klucz do zamka.
- Boże jak to był?! - myślałam.
Przekręciłam kluczyk, jednak drzwi nie ustępowały. Spróbowałam w drugą stronę, jeden raz i drugi. Nagle zamek skrzypnął. Otworzyłam je szybko. Z ciemności wypadł na mnie Louis. Uśmiechnął się do mnie i pociągnął za sobą.
Minęliśmy chłopaków, którzy zmagali się już z kilkoma innymi napastnikami.
- Muszę im pomóc! Biegnij do auta, poczekaj na nas pięć minut, jeśli nie przyjdziemy uciekaj! - rzucił mi jeden z jego najpiękniejszych uśmiechów i rzucił się na pomoc przyjaciołom.
Stałam na środku korytarza, moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
- Biegnij! - z amoku wyrwał mnie krzyk Louisa.
Popatrzyłam na niego niepewnie. Chyba się martwiłam.
Znów kazał mi uciekać.
Wybiegłam z budynku i ruszyłam w stronę czerwonego samochodu. Doszłam do niego i pociągnęłam za klamkę.
- Cholera.
Zamknięte.
Nagle na ziemi, pod kołem coś błysło.
Schyliłam się i podniosłam... kluczyk!
Podniosłam się z klęczek i zamarłam.
Srebrne kluczyki upadły z powrotem na ziemię.
- Nie ruszaj się, księżniczko! - Fred celował w moją głowę pistoletem.
Moja twarz od razu się napięła. Pobladłam.
- Co fajnie, jak rolę się odwróciły? Chcieliście uciec, ale coś chyba wam nie wyszło. Szkoda. Naprawdę pasujecie do siebie z Louisem, szkoda by było, gdyby jednak ciebie stracił, co?
- Blefujesz. Nie strzelisz.
Odpowiedział mi śmiechem.
- Tylko ty, nie umiesz bawić się bronią, kochaniutka. Dla mnie to będzie kolejna ofiara. - wycelował lepiej, prosto w moją głowę.
Zamknęłam oczy, wiedziałam, że nic już nie mogę zrobić. Wszystko na marne. Znów się nie udało! Jak zwykle, coś mi nie wyszło, jednak teraz zapłacę za to życiem!
Usłyszałam strzał. Myślałam, że poczuję straszny ból.
Nic.
Pustka.
Zorientowałam się, że nadal czuję lekki powiew wiatru na mojej twarzy.
Otworzyłam oczy.
- Nie! - uklękłam obok postrzelonego Louisa.
Miał przebity brzuch, jego koszulka momentalnie stała się czerwona od krwi.
Odgarnęłam z jego twarzy kilka kosmyków włosów. Miał zamknięte oczy. Pogładziłam jego jeszcze ciepły policzek.
- Jak mogłeś to zrobić? Strzel teraz we mnie! No strzelaj! - krzyczałam do Freda, który dalej trzymał uniesiony pistolet.
- Ty... ty potworze! - teraz właśnie nie wytrzymałam i zalałam się łzami.
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że jednak się zakochałam.
Dopiero teraz, zrozumiałam, że potrzebuję jego czułych i opiekuńczych gestów.
Dopiero teraz, zobaczyłam, jak bardzo jest mi brak jego pieprzonych rozkazów!
- Strzelaj. Nie mam nic do stracenia. - ułożyłam głowę na jego piersi.
Właśnie wtedy zobaczyłam, że zabójcę Louisa dopadła policja. Kątem oka zauważyłam też, że Niall dzwoni po pogotowie, jednak to wszystko działo się jakoś dziwnie wolniej. Czułam się, jakbym była w szklanej bańce i jakby wszystko było spowolnione.
Mój kochany Louis, Mój kochany...
Otrząsnęłam się dopiero wtedy, gdy jeden z policjantów podniósł mnie i potrząsnął za ramiona.
- Wszystko w porządku?
Spojrzałam w jego szare oczy.
Jak mógł mnie o to pytać? Czy on do jasnej cholery nie widział, co się ze mną działo.
Nie odpowiedziałam mu.
Za chwilę podjechała karetka.
Pierwsza, najważniejsza wiadomość: LOUIS ŻYŁ.
UMIERAŁ, ALE ŻYŁ.
Gdy wpakowali go do karetki, musiałam puścić jego dłoń, co przyszło mi z wielkim trudem.
- Kim pani dla niego była? - znów ten szarooki policjant.
Obrzuciłam go lodowatym spojrzeniem.
- Właśnie najgorsze jest to, że NIKIM. - rzuciłam w drugą stronę.
Funkcjonariusz odszedł.
Widziałam, jak wszystkich pakują do radiowozów i odjeżdżają.
W końcu zostałam tylko ja i szarooki policjant ze swoim samochodem.
- Musi pani pojechać ze mną i złożyć zeznania.
- Nie muszę.
- Wiem, że to dla pani trudne, szczególnie, że była pani w niewoli. Zawieźć cię do psychologa?
- Nie zwariowałam! Chcę jechać do szpitala!
- Ale...
- Wtedy możecie mnie przesłuchać, ale chcę z nim być.
Dzień później
- Możesz nam wszystko opowiedzieć od początku? Od tego momentu, jak wyszłaś biegać. - durne przesłuchanie.
Przewróciłam oczami.
- Teraz będzie piąty raz jak opowiadam. - wydęłam usta.
- Jak skończysz będziesz wolna.
- Dziękuję. - miałam ochotę ich pozabijać.
Po raz kolejny opowiedziałam całą historię, pomijając zbędne szczegóły. Nie chciałam, żeby za dużo wiedzieli. Mówiłam prawdę, ale nie całą.
Po około 30 minutach wyszłam w końcu z małej salki i udałam się do pokoju nr 127 - aktualne mieszkanie Louisa.
Usiadłam obok jego łóżka i załapałam jego dużą dłoń.
Cały brzuch miał owinięty bandażem i podłączony był do różnych pikających maszyn.
- Na szczęście pikających. - przeszło mi przez głowę.
Jego dłoń była zimna. Bałam się. Znów.
Jednak tym razem był to strach o niego. O osobę, w której nie chcący się zakochałam i chyba jednak popełniłam błąd. Nigdy nie mogę być szczęśliwa, zawsze coś musi się spieprzyć. Tak, cała ja.
Przycisnęłam jego dłoń do policzka.
- Louis... wróć do mnie. - zostawiłam mokry pocałunek na opuszkach jego palców.
W moich oczach momentalnie pojawiły się łzy. Nie chciałam, żeby tu leżał. Nie chciałam, żeby umierał.
- Wstań, wstań natychmiast! - krzyknęłam.
Zza drzwi wyłoniła się pielęgniarka.
- Wszystko w porządku.
- Tak... oczywiście. - włożyłam w tą odpowiedź całą moją nadzieję, jaka mi pozostała.
Zniknęła z powrotem za drzwiami.
Siedziałam obok Louisa jeszcze przez kilka godzin. W końcu wyszłam zrobić sobie kawę. Wróciłam do pokoju nr 127. Nic się nie zmieniło.
Znów usiadłam na tym samym niewygodnym krześle, jednak teraz wydawało się ona jeszcze bardziej niewygodne.
- Louis, ja... nie mogę. To naprawdę za dużo, jak na kilka dni. Za dużo rozpaczy, złości, miłości... Rozumiesz? - wydawało mi się, że skinął głową. - Ja niestety już tak dłużej nie mogę, muszę odejść. Nie potrafię się już bać. Mam dość. Przepraszam, że byłam dla ciebie taka szorstka, przepraszam, że nie chciałam ci zaufać. Ty to zrobiłeś, a teraz ja odchodzę. Przepraszam. - znów po moim policzku poleciała jedna, samotna łza. - Jednak zanim odejdę, muszę ci coś powiedzieć... Kocham cię Louis. Naprawdę cię kocham. - ujęłam twarz w swoje dłonie i delikatnie musnęłam jego usta. Nie odwzajemnił pocałunku. Gdy uniosłam lekko głowę, usłyszałam głośny pisk maszyn.
Jeden, przeraźliwy pisk.
Znów płakałam.
Do sali weszli lekarze.
- Przykro nam.
Nie rozumiałam co się stało. Wszystko bombardowało mój umysł, ale ja nie przyjmowałam niczego do wiadomości.
- Louis, wstań... proszę. - mój rozpaczliwy głos niósł się po sali. - Proszę...
Lekarz podszedł do maszyn i już chciał odłączyć od nich ciało pacjenta.
- Nie! - dopadłam go i odciągnęłam. - Niech pan to zrobi, jak wyjdę.
Skinął głową.
Stanęłam jeszcze raz przy łóżku i pochyliłam się nad nim.
- Kocham cię, pamiętaj. - wyszeptałam mu do ucha.
Ruszyłam do drzwi. Wyszłam z tego pokoju, nie rozumiałam co się właśnie stało.
Nagle poczułam silne szarpnięcie.
- Niech pani wraca! - pielęgniarka zaprowadziła mnie do Louisa.
Weszłam do sali.
- O mój Boże! - podbiegłam do niego i rzuciłam się mu na szyję.
Poczułam jak jego ramiona przyciskają mnie do siebie, a dłonie mocno trzymają plecy.
- Ty żyjesz! - zaczęłam dotykać jego włosów, nosa i policzków.
- Bo mam dla kogo. - uśmiechnął się i trącił mój nos swoim.
Zarumieniłam się. Wreszcie stało się coś dobrego w tym strasznym tygodniu.
- Kocham cię (t.i.). Tylko ty jesteś moim życiem. - pocałował mnie czule.

Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńMatko jedyna! Jakie to jest cudowne! Piękne. Popłakałam się...
OdpowiedzUsuńWow!!
OdpowiedzUsuńgenialne!
OdpowiedzUsuńnie zepsułaś tego :D
jeszcze się tak słodko skończyło... wszędzie miłość :P
pisz szybko następny imagin :D
życzę ci weny na długie ferie :D