Wygrzebałam dla was starego, niedokończonego imagina z przed kilku miesięcy. Dość sługo zajęło mi dokończenie go, ale już jest. Są wakacje, właściwie nic nie robię i powinnam tutaj wstawiać wiele postów, ale jakoś mi się po prostu nie chcę. Mam nawet pomysły, ale brak chęci do ich realizacji :(
Mam nadzieję, że ten imagin wam się spodoba i docenicie moje starania. Trzymajcie się i bawcie się dalej na swoich wymarzonych wakacjach!
wasza Julu♥
UWAGA
Imagin zawiera wątki erotyczne, ale nie jest on od +18
ps. Przepraszam za błędy :*
- Dzień dobry, nazywam się (t.i.) i (t.n.).
- Ah, witaj skarbie. Chodź, chodź, zapraszam. - kobieta uchyliła przede mną drzwi.
Weszłam niepewnie do przedpokoju.
- Powiedz, opiekowałaś się już kiedyś dziećmi? - brunetka około 30 lustrowała mnie wzrokiem.
Była naprawdę ładna i wyglądała dość młodo. Sprawiałam wrażenie miłej osoby.
- Tak, oczywiście. - odpowiedziałam na jej pytanie.
- W takim razie zostawiam moje szkraby w dobrych rękach. Proszę to jest moja córka. Słoneczko, powiedz pani jak się nazywasz.
- Darcy, mam 4 latka.
- Duża z ciebie dziewczynka, Darcy. - uśmiechnęłam się w jej stronę.
- To jej brat, William. Ma dwa lata. - kobieta trzymała na rękach małego chłopca o kręconych włoskach. - Cały tata. - uśmiechnęła się. - No więc, (t.i.) skoro opiekowałaś się już dziećmi, to nie będę jakoś bardzo cię szkolić. Tu jest kuchnia. - pokazała mi przestronny, duży pokój. - Na górze są pokoje dzieci. Darcy wszystko ci pokaże, na lodówce wiszą numery telefonów, do mnie i do męża. Zapisz je sobie w komórce. No dobra, ja lecę zrobić się na bóstwo. - oddała mi chłopczyka. - Ah... zapomniałabym, na lodówce jest też kartka z kilkoma informacjami, ale gdyby coś to dzwoń. - zniknęła na schodach.
- No dobrze dzieci, co będziemy dzisiaj robić?
- Przeczytasz nam bajkę? - jasnowłosa dziewczynka patrzyła na mnie swoimi zielonymi, słodkimi oczami.
- Oczywiście. - kolejny uśmiech z mojej strony.
Nagle na schodach pojawił się chłopak o kręconych, brązowych włosach.
- Ty będziesz nową opiekunką?
- Najprawdopodobniej tak.
- Jestem Harry.
- (t.i.).
- Cieszę się, że będziesz u nas pracować.
- Ja również. - robiło się DZIWNIE.
- Kochanie, idziemy?
- Tak, już. - chłopak wreszcie oderwał ode mnie wzrok.
- Do zobaczenia (t.i.). Wrócimy nad ranem. Połóż się w pokoju gościnnym, jest naprzeciwko łazienki. - Harry i jego żona zniknęli w końcu za drzwiami.
- No to zaczynamy zabawę. - pobiegłam z dziećmi do ich pokoi.
Po godzinie zabawy, wykąpałam dzieciaki i teraz w końcu leżały w łóżku. Zaczęłam czytać im książkę, po kilku minutach już spały.
- Dobranoc. - ucałowałam dziewczynkę w głowę, a małego Williama ułożyłam w małym łóżeczku w pokoju obok.
Teraz miałam czas, żeby rozejrzeć się po domu. Zaczęłam od góry. Na piętrze były dwa pokoje maluchów, OGROMNA sypialnia, dwie łazienki, pokój gościnny i biuro. Na parterze znajdowała się przestronna kuchnia, łazienka, salon, pokój, w którym był stół do bilarda i biblioteka. Była to naprawdę duża posiadłość. Ruszyłam do kuchni, zrobiłam sobie kanapkę, która szybko zniknęła z talerza, następnie wypiłam herbatę. Postanowiłam, że położę się szybko, bo jutro miałam ważny egzamin na studiach. Wykąpałam się i położyłam w pokoju gościnnym, tak jak mi kazali. Włączyłam elektryczną nianię, która pomoże przypilnować mi porządku ze śpiącym Willem, a później sama zasnęłam. Tylko raz obudziłam się, żeby nakarmić chłopczyka, ale reszta nocy minęła spokojnie.
Obudziłam się rano. Słońce rzucało ciepłe, nieśmiałe promyczki na moją twarz. Przewróciłam się na drugi bok i... krzyknęłam.
Chłopak poderwał się i zatkał mi usta dłonią.
- Cicho. - syknął.
Wpatrywałam się w niego jak w kosmitę. Na mojej twarzy malowało się zdziwienie.
- Co, co pan tu robi?!
- Harry. Wystarczy Harry. Nie mam pojęcia, co tu robię. Musiałem pomylić sypialnie.
- Rozumiem, że impreza była udana.
- Yhym... Która godzina?
- Jest za kwadrans szósta.
- To ja już pójdę, mam nadzieję, że nie ściągałem z ciebie kołdry, tylko nic nie mów mojej żonie, jest strasznie zazdrosna o wszystko. - puścił do mnie oczko.
Podniósł się z łóżka. Miał na sobie tylko bokserki. Musiałam się na niego długo patrzeć, bo przygryzł wargę, a potem cichy śmiech wypełnił pokój.
- Zawsze mogę być twój. - znów ten jego szelmowski uśmieszek.
Poczułam, że się czerwienię.
Harry chyba to zauważył, bo znów lekko się uśmiechną.
- Nie dzięki, jestem przeciwna związkom pracodawcy i pracownika.
- Jasne.
- Jest pan bezczelny!
- A ty grzeczniutka.
- Ja? - teraz to ja się śmiałam. - Uwielbiam facetów takich jak ty. Jesteś żonaty, przychodzisz jakby nigdy nic, wchodzisz mi do łóżka, udajesz pajaca i uważasz, że kurde nie rozumiem twojego zachowania. Pieprz się Harry, ale nie ze mną! - wstałam z łóżka, porwałam moje ubrania (dobrze, że wzięłam piżamę, a nie spałam w bieliźnie) i wyszłam z pokoju, potrącając Harrego.
- Nareszcie zwróciłaś się do mnie po imieniu!
Stanęłam jak wryta. Bezczelny, mały gówniarz, który nic sobie nie robi kultury i samopoczucia drugiego człowieka.
Zawróciłam do pokoju.
Po chwili stanęłam oko w oko z zielonookim chłopakiem. Mierzył mnie wzrokiem i wydawał się być mocno rozbawiony moim zachowaniem. Przypominały mi się czasy podstawówki.
- Widzę, że kogoś mamusia nie wychowała. - uderzyłam go w policzek.
Chyba nie kontrolowałam moich ruchów, ale później jak o tym myślałam, to wiem, że mu się należało.
Złapał się z piekący policzek.
Zmierzyłam go wzrokiem i wyszłam.
Po drodze do drzwi wejściowych minęłam panią domu
- O (t.i.) dzień dobry! Już wychodzisz? Poczekaj, a twoja zapłata? - kobieta była zdziwiona moim pośpiechem.
- Um... ja już pójdę, nie chcę być tu dużej. Współczuję pani. Mam nadzieję, że on sam się przyzna. Ja mam tego dość. Do widzenia. Już nie będę u państwa pracować. - jak najszybciej otworzyłam drzwi i po prostu wyszłam.
Po zatrzaśnięci drzwi usłyszałam krzyki pani Styles. Mam nadzieję, że szybko od niego odejdzie. Harry to jeszcze dzieciak, nie jest odpowiedzialny, ani gotowy na bycie ojcem czy mężem. Niestety już nim jest. Współczuję jej. Wiem, że wiele razy ją zdradzał. Widzę to po jego spojrzeniu, ruchach, mimice twarzy. Po prostu jej nie kocha, a ona wręcz przeciwnie.
Odwróciłam się i spojrzałam jeszcze raz na mahoniowe drzwi. W oknie siedziała Darcy. Uśmiechnęłam się do niej i pomachałam jej. Odmachała. Biedna Mała. Na pewno wszystko słyszała.
Szybkim krokiem ruszyłam na przystanek autobusowy.
Tak, biedna studentka, nie ma samochodu.
Gdy dotarłam do lekko zniszczonej budki, okazało się, że kolejny autobus mam dopiero za pół godziny. Postanowiłam ruszyć spacerkiem do mieszkania. To był wielki błąd, gdyż po kilku minutach byłam już cała mokra, a woda chlupała mi w butach. Zapowiadało się na deszczowy dzień.
_______________________________________________________________________
*kilka tygodni później*
- No to na razie! - moja przyjaciółka szybko opuściła klasę.
Dzisiejszy wykład był naprawdę nudny. Takie uroki zastępstwa z tą nauczycielką. Bywa.
Psychologia to jednak moja bajka. Uwielbiam zajmować się problemami ludzkimi. Tak było od zawsze. Pamiętam, jak siadałam w parku na jakiejś ławeczce i przysłuchiwałam się z uwagą rozmowom ludzi. Byłam pilnym obserwatorem, teraz jestem dobrze zapowiadającą się studentką.
Przerwałam moje rozmyślania i wrzuciłam gruby zeszyt do torby. Uśmiechając się do kilku osób również opuściłam uniwersytet. Wyszłam przez duże, oszklone drzwi i znalazłam się na szerokich schodach. Naciągnęłam kaptur na głowę i czym prędzej ruszyłam w stronę przystanku. Mam nadzieję, że zdążę na ten autobus. Dobiegłam do małej, betonowej budki. Okazało się, że wszystkie autobusy z tego przystanka nie kursują.
Cholera.
W takim razie zostało mi metro. Zaraz obok nieczynnego przystanku były schody, którymi szybko zeszłam na dół. Znalazłam się w słabo oświetlonym korytarzu. Szukałam peronu U3. Tym metrem powinnam dojechać do domu.
Nagle megafony zadudniły, że metro U3 startuje z peronu 4.
Uwielbiam to miasto. Rzuciłam się pędem do przodu, gdyż zamajaczyłam mi właśnie tabliczka, ukazująca wejście na odpowiedni peron. Nagle wbiegł na moje plecy jakiś chłopak i zanim się zorientowałam leżałam już na ziemi.
- Cholera. Uważaj jak leziesz! - krzyknęłam.
Chłopak stał obok z miną winowajcy.
- Wszystko w porządku? - spytał.
- Nie! - warknęłam.
Właśnie odjechał mój pociąg.
- Przepraszam. - wydukał.
- Dobra idź mi stąd! Patrz pod nogi następnym razem, cholera. - byłam wściekła.
Podniosłam się z podłogi. Obrzuciłam sprawcę mojego wypadku zimnym spojrzeniem i ruszyłam do rozkładu jazdy. Sprawdziłam godzinę i okazało się, że kolejny pociąg mam za 2 godz.
Wspaniale!
Byłam mocno podenerwowana. Wybiegłam ze stacji metra i znów znalazłam się na powierzchni, zastanawiając się, jak teraz wrócę do domu.
Do tego wszystkiego zaczęło grzmieć. Miesiąc był bardzo deszczowy.
Postanowiłam, że pobiegnę jak najszybciej do pobliskiej restauracji. Najbliższa znajdowała się naprzeciwko budynku uniwersytetu. Wbiegłam do lokalu. Był to mały, niedrogi bar dla studentów. Wszystkie stoliki były już zajęte. Obok okna dostrzegłam samotnego gościa w czapce. Uparcie wpatrywał się w drzwi wejściowe na uczelnię, na pewno na kogoś czekał. Postanowiłam się przysiąść.
- Wolne? - spytałam.
Chłopak się obrócił, a ja zamarłam.
- Cześć. - Harry uśmiechnął się na mój widok. - Czekałem na ciebie. - poinformował mnie.
- Co chcesz? - starałam się brzmieć obojętnie.
Rzucił mi ten jeden ze swoich uśmiechów.
- Nie powiem ci, bo zrobisz awanturę.
Przewróciłam oczami. Harry wskazał mi krzesło. Posusznie usiadam na miękkiej poduszce.
- No? - ponagliłam go.
- Potrzebuję opiekunki.
- Yhym.
- To pilne.
- Ja już nie chcę u was pracować. Po tamtej sytuacji obiecałam sobie, że już się tam nie pojawię...
- Wiem, wiem. - machnął ręką. - Ale ja nic takiego nie zrobiłem. - spojrzał w moje oczy.
- Po co wpakowałeś się do łóżka, w którym spałam?
- Ja naprawdę pomyliłem sypialnie. Rose od razu się położyła, a ja poszedłem jeszcze do toalety. A potem jakoś wszedłem do pokoju gościnnego i spojrzałem na ciebie. Byłaś zawinięta kołdrą, więc nie widziałem twojej twarzy. Masz podobne włosy do Rose. Pomyliłem się i po prostu się położyłem. A ty rano zrobiłaś aferę o byle co - rzucił gniewny.
Zastanowiłam się nad słowami chłopaka. Może rzeczywiście przesadziłam. Może on mówi jednak prawdę. Zilustrowałam go jeszcze raz. Dziś nie wydawał mi się taki dziecinny. Może pomyliłam się co do moich osądów. Może Harry jest odpowiedzialnym facetem, kochającym mężem i wspaniałym ojcem? Może ja po prostu jestem o niego zazdrosna?
- Co? - moje oczy się powiększyły.
Harry patrzył na mnie pytająco.
Zdałam sobie sprawę, że powiedziałam ostatnie słowo na głos. Zaczerwieniłam się.
- Um... Może masz rację, niepotrzebnie wtedy wybuchłam. Mam nadzieję, że nie zrobiłam jednak nic fatalnego?
- Chodzi ci o moje małżeństwo.
Skinęłam głowę, że tak.
- Nie, Rose wszystko zrozumiała. Pomożesz mi?
- No dobrze, kiedy miałabym się nimi opiekować?
- Teraz.
- Teraz? Ale ja muszę się przebrać i coś zjeść...
- Chodź.
- Um... No dobra.
Harry wstał od stolika, odniósł swój kubek po kawie. Zapłacił i ruszyliśmy do wyjścia. Potulnie dreptałam za chłopakiem z burzą loków na głowie.
- Poczekaj tu. - chłopak oddalił się.
Po chwili podjechał czarnym, eleganckim, sportowym autem.
- Wsiadaj.
Usadowiłam się na miejscu pasażera. Harry wystartował. Pierwsze minuty drogi mijały nam w milczeniu.
- Zostałeś sam z dzieciakami?
- Tak. - odpowiadał krótko i zwięźle.
- Rose wyjechała?
- Yhym...
Był maksymalnie skupiony na jeździe. Zapatrzyłam się w jego twarz. Czujne zielone oczy, grube, uniesione brwi i pełne, malinowe usta.
- Śmiesznie przygryzasz wargę, jak się skupiasz. - wypaliłam za nim pomyślałam, co oczywiście zostawiło kolejny rumieniec na moich policzkach.
Teraz chłopak spojrzał na mnie, uśmiechnął się i z powrotem skupił się na drodze.
Kolejne minuty mijały w milczeniu.
Wyjechaliśmy z głównej czteropasmowej autostrady i teraz jechaliśmy jakąś boczną szosą. Pewnie Harry nie chciał stać w korku. Za oknem ukazały się złociste pola i zielone łąki. Krajobraz był naprawdę prześliczny.
Westchnęłam.
Nagle Harry wykonał ostry zakręt w prawo.
Spojrzałam na niego pytająco, ale odpowiedział mi kolejny szelmowski uśmiech.
Jechaliśmy jeszcze chwilę polną, wyboistą drogą.
- Gdzie my jedziemy? - głos mi drżał.
- Przed siebie.
- Pytam poważnie. Gdzie mnie wywozisz? - byłam coraz bardziej zdenerwowana.
- Nie panikuj.
- Zatrzymaj się.
Chłopak nie reagował.
- Zatrzymaj się! - podniosłam głos.
- (t.i.) nie panikuj, zaufaj mi.
- Nie! Zatrzymaj się do cholery!
W tym momencie auto gwałtownie się zatrzymało. Nie czekając dużej wyskoczyłam z jego wnętrza i wyszłam na błotnistą drogę wśród pól.
Harry też szybko opuścił pojazd. Chciał coś powiedzieć, ale rzuciłam mu tylko mordercze spojrzenie i ruszyłam w drogę powrotną.
- (t.i.)! Zaczekaj!
Nie zamierzałam się zatrzymywać. O co mu w ogóle chodziło?
- (t.i.)! - jego krzyk uniósł się z wiatrem.
Przyspieszyłam kroku.
- Zaczekaj! - jego dłoń pojawiła się nagle na moim ramieniu, a po chwili jego zielone tęczówki utkwione były w moich oczach.
Czas się na chwilę zatrzymał. Nie wiedziałam ile czasu milczałam.
- Nie uciekaj... - jego szept przerwał ciszę.
Wtedy odzyskałam przytomność i odwróciłam wzrok.
- Co ty ode mnie chcesz? - wpatrywałam się w moje trampki.
Słyszałam jego przyspieszony oddech. Jego uścisk nieco zelżał.
- Nie uciekaj. Dobrze?
Przytaknęłam.
- (t.i.) pewnie pomyślisz, że to głupie, niedojrzałe i nieodpowiednie. Pewnie pomyślisz, że miałaś rację wtedy... Ale ja naprawdę coś do ciebie czuję.
Spojrzałam na jego twarz.
- Ja wiem. Mam dzieci i jestem żonaty, ale, ale ja... ja chyba się w tobie zakochałem. - spuścił wzrok.
Milczałam. Starałam się zrozumieć słowa chłopaka, ale szło mi to z wielkim trudem.
- Harry... - wyszeptałam jego imię.
Natychmiast podniósł wzrok.
- To się nie uda... To, to tak nie może być. Co z Rose i dziećmi? Ja nie chcę być powodem smutku maluchów i nie chce być wrogiem TWOJEJ żony.
- Wiem. - w jego oku zakręciła się mała kropelka, którą szybko starł. - Przepraszam, nie powinienem w ogóle czegoś takiego mówić. Ty pewnie też masz kogoś... To głupie. Chodź odwiozę cię. - nie patrząc na mnie wsiadł do samochodu.
Nadal zaskoczona zrobiłam to samo.
Zanim zdążyłam się zorientować samochód stał już pod moją kamienicą.
Napotkałam wzrok Harrego.
- Chodź, odprowadzisz mnie. - nagle zrobiło mi się go żal.
Poderwał się natychmiast, otworzył mi drzwi i pomógł wysiąść. Otworzył przede mną stare, zniszczone drzwi, a ja zaczęłam wspinaczkę w górę. W końcu w głuchym milczeniu dotarliśmy na piąte piętro.
- To tutaj. - odwróciłam się w jego stronę i oparłam plecami o drzwi do mojego mieszkania.
Natychmiast pojawił się przy mnie. Jego oczy napotkały moje spojrzenie. Kolejne minuty mijały, a my nie mogliśmy się od siebie oderwać. Nie wiem kiedy moje usta napotkały jego wargi. Trwaliśmy w długim pocałunku. Odwróciłam się na chwilę, żeby otworzyć drzwi. Podbródek chłopaka opierał się na moim ramieniu, a jego usta cicho wędrowały po mojej szyi. Długo mocowałam się z zamkiem. W końcu wprowadziłam chłopaka do mieszkania. Podszedł do mnie, chwycił mnie za ramiona, uśmiechnął się i zdjął ze mnie kurtkę. Umieścił ją na wieszaku. Nadal zaskoczona stałam na środku pokoju. Znów znalazł się przy mnie. Jego ręce pojawiły się na mojej talii, a usta znów odnalazły moje. Moje dłonie szybko zaczęły bawić się jego włosami. Między kolejnymi pocałunkami z ust chłopaka wyrywały się ciche stęknięcia, gdy za mocno pociągnęłam któryś z jego brązowych loków.
Po kilku chwilach Harry usiadł na kanapie, a mnie usadowił sobie na kolanach. Oparł swoje czoło o moje i czujnie badał moje oczy. Jego wielkie dłonie mocno ściskały moje.
- Boję się ciebie puścić. - wyszeptał. - Boję się, że mi uciekniesz.
- Harry my nie możemy...
- Ciii. Nic nie mów, proszę. - znów skradł mi kilka pocałunków, przygryzając przy tym moją wargę.
Poczułam jak jego dłonie mocno ściskają moje uda. Objęłam jego szyję. Chłopak cały czas mnie całował. Zrozumiałam jego intencje.
- W prawo. - udało mi się wyszeptać między jego czułościami.
Po chwili leżałam już w swoim łóżku. Chłopak pojawił się nade mną. Cały czas nasze języki i wargi pracowały. Chłopak na chwilę przerwą i pozbył się swojego swetra. Pochylał się teraz w samym obcisłym podkoszulku. Przygryzłam wargę. Spojrzał na mnie. W jego oczach pojawiło się pytanie. Lekko skinęłam głową. Wsunęłam moje dłonie pod jego koszulkę i pomogłam mu ją ściągnąć. Przede mną pojawił się jego umięśniony tors. Oparłam się o wezgłowie łóżka i cicho wpatrywałam się w chłopaka.
- Nie patrz się tak na mnie... - oblał się rumieńcem, co było naprawdę urocze.
Przysunęłam się do niego i lekko nacisnęłam na jego klatkę. Położył się natychmiast na białej pościeli. Usiadłam okrakiem na jego brzuchu. Moje palce zaczęły krążyć po jego nagich ramionach, klatce piersiowej, brzuchu. Zatrzymały się dopiero na gumce od bokserek. Szybkie spojrzenia na chłopaka. Loki nad jego czołem były mokre. Gdy moje palce lekko szarpały gumkę Harry zacisnął oczy. Udało mi się nieco opuścić spodnie i teraz przesuwałam swoje palce wzdłuż linii V
Wróciłam do twarzy Harrego i szybko złożyłam na jego ustach pocałunek. Potem role się odwróciły. Teraz Harry górował nade mną i męczył się z odpięciem guziczków mojej koszuli. Postanowiłam mu pomóc. W końcu fioletowa, delikatna koszula wylądowała na podłodze. Chłopak natychmiast pochylił się nade mną i zaczął zostawiać setki mokrych pocałunków na moich odkrytych częściach ciała. Nie pozostałam mu dłużna i szybko zajęłam się jego mokrymi włosami. Gdy ręce Harrego zaczęły krążyć w okolicach mojego stanika usłyszeliśmy przeraźliwy pisk.
- Czekaj...
Chłopak jednak nie pozwolił mi wstać.
- Harry, muszę otworzyć. - lekko go odepchnęłam, cmoknęłam w usta i wstałam z łóżka.
Usiadł niezadowolony i oparł się o poduszkę. Porwałam z podłogi moją koszulę i szybko ją zapięłam. Wybiegłam z sypialni. Dobiegłam do drzwi i otworzyłam je. Za nimi stał listonosz i na mój widok osłupiał. No tak, przecież moje fryzura wyglądała strasznie, a do tego czułam ciepło w okolicy moich policzków. Spojrzałam jeszcze na koszulę, która była nierówno zapięta.
- Dzień dobry. - wysapałam.
- Przesyłka dla pani. - wręczył mi paczkę. - Proszę tu podpisać. - podsunął mi pod nos kartkę.
Złożyłam niedbały autograf i odebrałam z jego rąk karton.
- Do widzenia. Już nie przeszkadzam.
- Do widzenia i dziękują. - pożegnałam się speszona i szybko zatrzasnęłam drzwi.
Nie patrząc w ogóle na przesyłkę, rzuciłam ją na kanapę i szybko wróciłam do sypialni. Mocno pchnęłam drzwi. Był. Siedział i na mnie czekał. Usiadłam na rogu łóżka i czujnie obserwowałam jego twarz. Uśmiechnął się.
- Co?
- Masz nierówno zapiętą koszulę, chodź pozbędziemy się jej i dokończymy to, co zaczęliśmy. - przyciągnął mnie do siebie i ucałował czule moje usta.
_______________________________________________________________________
*następny dzień*
Obudziłam się. Otworzyłam oczy i wpatrywałam się w sufit. Zaczęły do mnie docierać wspomnienia minionej nocy i natychmiast oblałam się rumieńcem. Byłam na siebie wściekła, że tak łatwo mu się oddałam. Praktycznie nie stawiałam żadnego oporu.
Cholera.
Poderwałam się z łóżka i szybko nakryłam moje nagie ciało ręcznikiem. Udałam się do kuchni i zrobiłam sobie mocą, czarną kawę. Zła i zmęczona usiadłam przy stole. Mój wzrok przykuła karteczka zapisana ręcznie. Popijając ciepły napój zaczęłam ją czytać.
Moja Kochana
Wczorajsza noc była... Nie mam słów. Nadal nie mogę o Tobie zapomnieć. Cały czas mam wszystko w pamięci i odtwarzam to jak najwspanialszy film. Nie wiem, kiedy tak się w sobie zatraciliśmy. Jednak Ty też coś do mnie czujesz. Nawet nie wiesz, jak mnie uszczęśliwiłaś. Wiem, że to chyba tylko jednorazowa przygoda, wiem, że nie do końca jesteś do tego przekonana. Rozumiem. Musisz wiedzieć, że to właśnie z Tobą pierwszy raz zdradziłem swoją żonę, bo strasznie Cię kocham. Kocham Cię. Pamiętaj.
Twój Harry
Poczułam jak moje policzki stają się mokre. Co ja zrobiłam? Jestem powodem jego zdrady. Pierwszej zdrady. A tek go osądzałam kilka miesięcy temu, kiedy pomylił sypialnie. Byłam pewna, że zdradzał Rose wiele razy, ale on taki nie jest. Albo jednak jest. Zrezygnowana opuściłam głowę na blat i pozwoliłam, żeby słone kropelki mogły spokojnie płynąć po moich policzkach. Miałam mieszane uczucia. Z jednej strony byłam podekscytowana całym wydarzeniem, a z drugiej było mi źle z tym co zrobiłam. Masakra.
Weź się w garść - przykazałam sobie.
Wypiłam kawę, zjadłam jabłko i ruszyłam do sypialni. Wyjęłam ubrania z szafy i pościeliłam łóżko. Wyszłam szybko i ruszyłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic, po którym poczułam się o niebo lepiej. Ubrałam się i postanowiłam, że pójdę jednak do kolegi, z którym miałam się uczyć do egzaminu. Wychodząc z mieszkania obiecałam sobie, że nie odezwę się już do Harrego i że o nim zapomnę. Z nowym nastawieniem ruszyłam w stronę domu Louisa.
_______________________________________________________________________
*miesiąc później*
Byłem wściekły. Po raz kolejny czekałem na nią w tej małej kawiarence. Od miesiąca się do mnie nie odzywa, od TEJ nocy. Pisałem, dzwoniłem i nic. Milczy. Dochodziła godzina 18. Już dawno skończyła zajęcia. Znów mi uciekła. Chciałbym z nią porozmawiać, dowiedzieć się co dalej, bo sam jestem zagubiony w całej tej sytuacji. Wiem, że ją kocham. Nie mogę bez niej żyć, a ona mi ucieka. Nie potrzebuje mnie. Rose cały czas nie wraca z Vegas. Dobrze, że dzieciakami zajmuje się moja mama.
O to ona. Poderwałem się z krzesła i wybiegłem z lokalu.
- (t.i.)! - krzyknąłem, jednak dziewczyna nie odwróciła się.
Chwyciłem jej ramiona.
- (t.i.) posłuchaj mni... - przede mną wcale nie stała (t.i.)
Spoglądała na mnie ciekawie. Szybko ją puściłem i mamrocząc przeprosiny udałem się w stronę auta. Znów jej nie spotkałem. To już miesiąc, kiedy się nie odzywa. Naciągnąłem czapkę na uszy. W tym roku listopad był bardzo wietrzny. Postanowiłem podjechać jeszcze pod dom dziewczyny. Zaparkowałem samochód i pędem ruszyłem na piąte piętro. Zadzwoniłem do drzwi. Nic. Cisza. Powtórzyłem czynność. Bez rezultatów. Gdy miałem właśnie iść do moich uszów dobiegł JEJ śmiech. Bez zastanowienia ruszyłem piętro wyżej.
- I wtedy ona po prostu walnęła mnie w policzek. - usłyszałem zachrypnięty, męski głos i śmiech (t.i.)
- Chodź, zrobię ci herbaty. - wtedy ją zobaczyłem.
Jej twarz była zmęczona, ale zaróżowiona. Włosy rozwiane przez wiatr sterczały na wszystkie strony. W jej oczach nie było już tych iskierek. W tym momencie dostrzegłem też chłopaka. Wysoki, chudy szatyn z dużymi stopami. Miał krótką brodę.
- Ja będę iść. Nie chcę ci przeszkadzać.
- Nie przeszkadzasz Lou. Chodź. - pociągnęła go do mieszkania i zatrzasnęła drzwi.
W tym momencie poczułem ukucie w okolicach serca. Ona jest przecież MOJA. Stanąłem przed drzwiami, ale gdy miałem nacisnąć dzwonek zerwałem się do biegu i szybko dopadłem samochodu. Stchórzyłem. Może ona jest z nim szczęśliwa. Może ja jej tylko przeszkadzałem. Może się jej narzuciłem, a ona kochała innego. Zapaliłem silnik i z piskiem opon ruszyłem do domu. Moje myśli krążyły tylko wokół niej. Wiem, że o niej nie zapomnę. Po kilkudziesięciu minutach stanąłem wreszcie na podjeździe. Było już po 21. Dzieci na pewno śpią. Wszedłem do domu. Panowała tutaj głucha cisza. Mama czekała na mnie w kuchni ze smaczną kolacją. Zjadłem bez słowa. Rzuciła mi pytające spojrzenie.
- Nie chcę o tym mówić. - wyjaśniłem jej i wstałem od stołu. Ruszyłem do mojego gabinetu. Usiadłem na obrotowym krześle i złożyłem ręce na brzuchu. W mojej głowie znów pojawiła się ONA.
- Mogłaby chociaż napisać. Cokolwiek. - pomyślałem i wtedy poczułem wibracje w kieszeni spodni.
Drżącymi rękami odblokowałem telefon i zamarłem. Napisała. Szybko otworzyłem wiadomość.
Musimy się spotkać. To ważne. Za pół godziny przed kawiarenką. Przyjdź.
Krótka, zwięzła wiadomość, przez którą moje serce chciało po prostu wyskoczyć z piersi. Szybko wyszedłem z gabinetu. Poprosiłem mamę, żeby została na noc. Po chwili już pędziłem pustą o tej porze szosą. Szybko dojechałem na miejsce. Było ciemno, latarnie rzucały słabe, żółte kręgi wokół siebie. Stanąłem pod drzwiami kawiarenki. Było mi zimno, bo zapomniałem założyć kurtki. Stałem teraz w samym swetrze i marzłem. W końcu się pojawiła. Szła powoli od przystanku metra. Stanęła przede mną i wbiła we mnie swoje wielkie, orzechowe oczy. Miałem taką ochotę ją pocałować, albo choćby przytulić, ale musiałem się powstrzymać.
- Cześć... Tęskniłem. - wypaliłem, nie mogąc dalej milczeć.
- Cześć... - jej głos drżał.
Czekałem na dalszą jej wypowiedź, ale ona nie nadeszła.
W spuściłem wzrok.
- Nie założyłeś kurtki. Marzniesz. - dokonała swojego odkrycia.
- To nic, wcale nie. - wymamrotałem.
Dziewczyna zdjęła szalik i mimo moich protestów obwiązała go wokół mojej szyi.
Gdy prawie skończyła tą czynność zdążyłem złapać jej dłonie i mocno je ścisnąłem.
- Nie uciekaj. - wyszeptałem błagalnie.
Rzuciła mi speszone spojrzenie.
- Co się stało? - nie odrywałem od niej wzroku.
Najpierw w jej oczach pojawiły się łzy.
- Harry... - zaczęła.
Czekałem w napięciu na jej słowa.
- Ja... Harry ja jestem w ciąży. - spuściła wzrok.
Osłupiałem. Jest w ciąży. Pewnie z tym...
- Z Louisem?
Podniosła swoje zapłakane oczy.
- Z tobą. - wyszeptała i wybuchła płaczem.
Będę ojcem?
- (t.i.) to wspaniale! - ująłem jej podbródek w moje dłonie i pocałowałem ją.
Jej łzy dostały mi się do buzi. Były słone.
- Nie płacz. - poprosiłem, przytulając jej głowę do mojej piersi.
Poczułem jak jej dłonie mocno obejmują mnie w pasie. Cmoknąłem ją w czoło.
- Kocham cię. - usłyszałem jej cichy, melodyjny głos.
- Ja was też. - jeszcze raz ją pocałowałem.

Aww! To było słodkie ^^ Świetny imagin :**
OdpowiedzUsuńPrzepraszam, że taki spóźniony komentarz, ale lepiej późno niż wcale :D
OdpowiedzUsuńŚwietny imagin, romantyczny i słodki.
Fajnie, że ona odwzajemniła jego uczucia ;3
Życzę weny :*