Hej :) Mam znów coś dla was. Nie jest to może wspaniałe, ale wreszcie coś napisałam. Mam nadzieję, że chodź trochę się wam spodoba i zostawicie tu jakieś komentarze :)
Tak dla przypomnienia pierwsza część jest TUTAJ
Jak wakacje? Dla mnie zbyt szybko mijają.
No dobra, trzymajcie się i czytajcie.
wasza Julu♥
Wychodziłam właśnie z sali sądowej. Rose znów nie wstawiła się na rozprawę. Harry zażądał rozwodu z winą małżonki. Miał dowody, że zdradzała go kilkakrotnie w Vegas i to za nim mnie poznał. Miałam mieszane uczucia. Byłam już w siódmym miesiącu ciąży, jednak nadal studiowałam. Nie chciałam mieszkać z Harrym, dopóki nie ułoży wszystkiego z Rose. Chłopak codziennie odbierał mnie z uczelni, odwoził do mieszkania i dbał o mnie. Czasem przyjeżdżał razem ze swoimi dziećmi. Śliczną małą Darcy i Williamem. Uwielbiałam te dzieciaki, jednak fakt, że miałam nagle zostać matką trójki dzieci nieco mnie przerastał. Nasz maluszek pojawi się na świecie za dwa miesiące. Zdecydowaliśmy, że nie chcemy poznać płci dziecka. Harry chciał mnie niespodziankę. Łatwo mnie do tego przekonał. Często mu ulegałam.
Nacisnęłam guzik i cierpliwie czekałam na windę. Harry rozmawiał jeszcze z prawnikiem, ale zaraz stanął za mnę i objął mnie w pasie. Jego dłonie ostrożnie spoczęły na moim pokaźnym już brzuchu.
- Kocham cię, wiesz? - wyszeptał do mojego ucha.
Wiedziałam.
Zamknęłam oczy i położyłam moje dłonie na jego. Tak staliśmy i czekaliśmy na windę. W końcu drzwi przed nami się rozsunęły i weszliśmy do środka.
Oparłam się plecami o ścianę. Miałam już problem z chodzeniem. Nasz maluszek jednak trochę ważył.
- (t.i.) może dasz sobie w końcu spokój z uczelnią?
- Przecież mówiłam ci, że dotrwam do końca roku. Termin mam na 30 czerwca. To już po zakończeniu roku. Potem przerwę studia i wrócę skończyć ten jeden rok, który mi został. - westchnęłam.
- No dobrze. Jak chcesz, ale proszę uważaj na siebie.
Uśmiechnęłam się do niego.
Winda zatrzymała się na poziomie 0
Harry objął mnie ponownie w pasie i tak przytuleni opuściliśmy gmach sądu. Był marzec, jednak śnieg nie do końca znikł. Gdzie nie gdzie leżały jeszcze białoszare czapy śnieżne. Harry pociągnął mnie do auta. Usadowiłam się na przednim siedzeniu i zapięłam pas. Chłopak wsiadł do auta i zapalił silnik, ale za nim ruszył odezwał się jego telefon. Wyjął komórkę z kieszeni i spojrzał n wyświetlacz.
- To Rose. - spojrzał na mnie.
Skinęłam lekko głową, żeby odebrał.
- Tak, słucham? - jego głos lekko zadrżał. - Dobrze wiedziałaś o dzisiejszej rozprawie, twój prawnik nawet cię informował... Nie. Rose nie oddam ci dzieci. Jedyną prawną matką Darcy i Williama będzie (t.i.). Tak ona! Nie Rose to ty jesteś cholerną... - Harry opuścił samochód.
Był bardzo zdenerwowany. Śledziłam jego bezgłośny dialog. Przeklinał. Teraz był wściekły. Rozpoznałam to po tym, że marszczył brwi i zaciskał mocno szczękę. W końcu nie wytrzymał i cisną komórką w kupę śniegu. Podniósł głowę do góry, zamknął oczy i zrobił kilka głębszych oddechów. Sięgnął po telefon, otrzepał go i wsadził z powrotem do kieszeni. Po chwili już siedział na miejscu kierowcy, ale wcale nie zamierzał jechać. Wpatrywał się tępo w przestrzeń.
- Harry... - szepnęłam i delikatnie musnęłam jego policzek.
Spojrzał na mnie. Jego zielone oczy patrzyły na mnie z wielką czułością.
- Uspokój się. - pogładziłam jego policzek.
- Jestem spokojny. - ucałował mnie w nos i ponownie zapalił silnik.
Ruszyliśmy. Dziś był piątek, więc zgodnie z naszymi ustaleniami spędzałam weekend u Harrego. Po kilkunastu minutach wyjechaliśmy z miasta, kierując się do domu.
- Harry zwolnij. Tu nie jest dobrze odśnieżone. - upomniałam chłopaka, bo jego licznik wskazywał już 120 km/h
Brunet jednak nie zareagował.
- Harry! - ścisnęłam mocniej jego ramię.
Droga była biała, pokryta ubitą skorupą śniegu, a chłopak sprawiał wrażenie jakby wcale tego nie zauważał.
- Harry, zwolnij do cholery! Jedziesz już 130! - podniosłam głos.
Spojrzał na mnie. Jego oczy były zeszklone.
- Um... przepraszam. - nacisnął hamulec i uzyskał przepisową prędkość.
Odetchnęłam z ulgą. Mój brat zginą w wypadku. W wigilię. Od tamtej pory nienawidziłam jazdy samochodem w zimie. Co prawda zaczynała się już wiosna, ale śniegu było jeszcze pod dostatkiem. Włączyłam radio. Muzyka zawsze wpływała na mnie kojąco. Wjechaliśmy właśnie w pierwsze zabudowania miejscowości, gdzie mieszkał brunet. Była to jakby dzielnica miasta, oddalona od niego o kilka kilometrów. Znajdowały się tu bogate wille i rozległe domy z wielkimi ogrodami. Nie lubiłam przepychu panującego tutaj.
- Skarbie, ale jak już urodzi się nasz maluch, to wyprowadzimy się do miasta. Moja babcia zostawiła dla mnie piękne i duże mieszkanie w starej kamienicy. Mieszkanie znajduje się na parterze i w sumie połączone jest z drugim. Jest więcej miejsca. Kamienica znajduje się blisko uczelni, więc w samym centrum. Co ty na to? - spojrzałam na chłopaka.
- Yhym... - przytaknął roztargniony.
- Nie słuchasz mnie.
- Słucham.
- Nie!
- (t.i.) nie zaczynaj do cholery! Nie jestem dzisiaj w humorze.
- Aha, czyli jak nie jesteś w humorze, to mam się do ciebie nie odzywać. Wiesz co, zachowujesz jak nieznośny pięciolatek! Nie masz humorku i już stroisz fochy.
- Przepraszam bardzo, ale ty to robisz już od 7 miesięcy!
- Ale ja jestem w ciąży! - syknęłam wyprowadzona z równowagi. - W dodatku z tobą!
- Wiem. - warknął i na tym się skończyło.
Zdenerwowana spojrzałam w okno. Nie zauważyłam nawet auta wyjeżdżającego właśnie z bocznej drogi. Harry najwidoczniej też go nie zauważył, bo w ostatniej chwili skręcił gwałtownie w lewo. Ostatnie co pamiętam to jego krzyk. Wrzeszczał coś do mnie, ale nie wiem co. Później zapadła głucha ciemność.
_______________________________________________________________________
Perspektywa Harrego
Obudziłem się w jasny pomieszczeniu. Światło mocno mnie oślepiło, więc mrugnąłem kilka razy, za nim przyzwyczaiłem się do tego białego snopu światła, bijącego z sufitu.
Nagle poczułem, że ktoś mocno ściska mnie za rękę.
- Harry... - w jej oczach stanęły łzy. - Harry. - powtórzyła z wyraźną ulgą.
- (t.i.) co się stało? - mój głos był słaby i zachrypnięty.
- Harry to ja. Rose. - teraz dopiero spojrzałem na brunetkę siedzącą obok.
Rzeczywiście, to ona, ale gdzie jest (t.i.).
- Gdzie ona jest? - spytałem słabo.
- Musisz odpoczywać. Miałeś wypadek.
- Ja? - zdziwiłem się.
- Tak, ty. No już nie mów nic. Odpoczywaj.
Zaczęło mi się kręcić w głowie. Chciałem ją jeszcze zapytać, gdzie jest (t.i.) i co ona tu właściwie robi, ale powieki po prostu same sią zamknęły. Znów odpłynąłem w objęcia Morfeusza.
Obudziłem się następnego dnia. Był ranek. Obok mnie już krzątała się siostra. Rose nigdzie nie było. Niestety nie było też (t.i.).
- Przepraszam, gdzie jest ta dziewczyna, z którą jechałem? - zapytałem pielęgniarkę.
- Dostał pan silne środki przeciwbólowe. - skwitowała.
- Nie rozumiem?
- Miał pan wypadek, wjechał pan w drzewo.
- No dobrze, ale gdzie jest ta dziewczyna. Jechała razem ze mną. Czy z nią wszystko w porządku?
Kobieta wpatrywała się we mnie tępo.
- Nie było tam żadnej kobiety. Był pan sam. Proszę odpoczywać. - opuściła salę i zostawiła mnie samego.
Byłem zdezorientowany. Jak to nie było (t.i.)?! Przecież ze mną jechała! To niemożliwe! Pamiętam, była tam ze mną.
W totalnej bezradności usiadłem na łóżku. Wiem, że była tam ze mną. Po chwili do pokoju weszła Rose razem z lekarzem.
- Dzień dobry. - przywitał się ze mną. - Widzę, że już coraz lepiej. - zdjął z nosa okulary i przetarł je ręką.
- Panie doktorze, gdzie jest (t.i.) (t.n.)? Jechała ze mną samochodem. - spytałem.
Rose tymczasem zaczęła coś opowiadać i nie dała dojść do słowa lekarzowi.
- Zamknij się! - nie wytrzymałem.
Natychmiast umilkła. Popatrzyłem na lekarza i zgromiłem go wzrokiem.
Popatrzył na mnie smutno.
- Niestety, mam dla pana złą wiadomość. Ta dziewczyna nie przeżyła wypadku. - spuścił głowę.
Siedziałem bez ruchu. Pomału docierały do mnie słowa medyka. Nie przeżyła. Nie żyje. Jej już nie ma.
W moich oczach momentalnie stanęły łzy.
Co ja narobiłem?! Zabiłem ją! Ją i nasze dziecko! Nie! To przecież niemożliwe!
Rose tymczasem odprawiła lekarza. Następnie usiadł obok mnie i ujęła moją dłoń. Popatrzyłem na nią zapłakanymi oczami i szybko wyrwałem rękę.
- Wyjdź. - przełknąłem łzy.
- Ale Harry...
- Wyjdź! Nie chcę cię widzieć! Jesteś cholerną suką! To ciebie miało nie być, a nie jej! Ona na to nie zasłużyła, ona miała żyć! Wyjdź! - znów poczułem słone krople dostające się do mojej buzi.
Brunetka znieruchomiała. Wstała pomału, popatrzyła na mnie i pokręciła głową.
- Wiesz, chyba wcale ci nie współczuję. Cześć. - wyszła szybkim krokiem.
Znów zostałem sam. Sam jak palec. Towarzyszyły mi tylko krople deszczu, które monotonnie bębniły o szybę.
Położyłem się z powrotem do łóżka i płakałem dalej. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Pamiętam tylko, że gdy się obudziłem, nadal miałem zaschnięte strużki łez na moich policzkach.
_______________________________________________________________________
*kilka dni później*
Moje życie w jednej chwili się zawaliło. Nie widziałem sensu bycia tutaj bez niej. Właśnie wychodziłem ze szpitala. Byłem ubrany w garnitur. Dziś ten cholerny dzień, kiedy będę musiał ją pożegnać. Podjechał po mnie jej kolega, ten cały Louis, bo miałem złamaną rękę i nie mogłem kierować autem. Razem udaliśmy się do tej cholernej kostnicy. Wysiedliśmy z auta i pomału powlekliśmy się do drzwi. Nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa, z resztą o czym tu mówić. Weszliśmy do środka i Louis podszedł do starszego pana i zaczął z nim rozmawiać. Oparłem się plecami o zimną ścianę, czując zawroty głowy. Nie chciałem tu być. Nie chciałem. Czułem jak moje nogi miękną z każdą minutą. Zaczęły trzęść mi się dłonie. Podszedł do mnie szatyn.
- W porządku? - zapytał.
Popatrzyłem na niego z wyrzutem. Nie, nie jest w porządku.
- Musisz się trzymać. Dasz radę, stary. Chodź. - pociągnął mnie za sobą.
Starszy pan poprowadził nas wąskim korytarzem. Zatrzymaliśmy się dopiero na końcu przed dużymi, ciężkimi drzwiami.
- Mają panowie pięć minut. - rzucił i zostawił nas samych.
- Idziesz? - spytał Louis po kilku chwilach milczenia.
Pokręciłem przecząco głową.
- Nie dam rady... Idź pierwszy.
Chłopak posłał mi krzywy uśmiech, jednak wcale mi nie pomógł. Pomału nacisnął klamkę i zniknął za drzwiami.
Znów musiałem oprzeć się o ścianę. Nie chciałem tam wchodzić. Nie potrafiłbym. Ona przecież nie żyje. Już jej nie ma. Nie istnieje, a to wszystko z mojej winy...
- Harry! - za czarnych drzwi wyskoczył Louis. - Harry! To... To cud! Oni... Harry!
Gapiłem się na niego nic nie rozumiejąc.
- Chodź! - chłopak wepchnął mnie do pokoju.
Na środku stała drewniana trumna, ale w niej wcale nie leżała... (t.i.). Podszedłem wolno do zwłok. Była to dziewczyna, owszem brunetka, ale to nie była (t.i.)!
- To nie ona... - nie wiedziałem, czy mam się cieszyć czy płakać.
- Tak, to nie ona! - Louis był bardzo szczęśliwy.
- Czyli jeśli to nie ona, to... Ona żyje! Prawda! - złapałem chłopaka za ramiona i uniosłem go, co było nie lada wyczynem, po szatyn był dużo wyższy ode mnie.
- Co tu się dzieje? - do pomieszczenia wszedł ten stary gbur.
- To nie ona! - krzyknąłem mu prosto w twarz. - To nie (t.i.)! - szczęśliwy wybiegłem z tego cholernego miejsca, musiałem się dowiedzieć, co naprawdę stało się z moją ukochaną (t.i.). Jednego byłem pewien: teraz na pewno żyła.
Co ona żyje?!
OdpowiedzUsuńWeź ja już taki płacz, smutek, bo Harry nie ma nikogo, a ty tu, że ona żyje... no bez jaj.
Świetny imagin!
Szkada tylko, że ostatnio ich tak malo... :(
Życzę weny!
Edzia
Dziewczyno, jak Ty mnie wystraszyłaś! Już myślałam, że Harry się totalnie załamie, a tu takie coś! Jesteś cudowna! Genialny imagin :**
OdpowiedzUsuń