Strony
▼
poniedziałek, 29 września 2014
95. Niall
Hejo! Długo mnie tu nie było, ale znów się pojawiam. Ten imagin piszę już od tygodnia. Co zabawne inspiracją był chłopak wychodzący w zeszły wtorek z naszej szkoły i ja siedząca na ławce (i tylko tyle w tym prawdy) Niestety nie zemdlałam i on nie zaprowadził mnie do pielęgniarki i nie było Happy Endu. Niestety, życie to nie imagin, ale mam nadzieję, ze ten wam się spodoba. Czytajcie i komentujcie i bardzo przepraszam za błędy, ale bardzo chcę go już wstawić :)
Trzymajcie się cieplutko i miłego wtorku :*
wasza Julu♥
ps. Pozdrowienia dla Andrzejka (nie wie czy powinna to pisać)
Siedzę na ławce przed budynkiem szkoły i czekam na niego. W uszach mam słuchawki, w których leci jakaś smutna piosenka. Pogoda nie jest za ciekawa. Od rana niebo było całkowicie zachmurzone, teraz zaczęło kropić. Na szczęście w drzwiach pojawiają się pierwsze zmierzające do domu osoby. Wychodząc naciągają kaptury i przyspieszają kroku. Cały czas odsuwałam od siebie pokusę pójścia w ich ślady i coraz głębiej chowam się w moją bluzę. Tłum wylewający się z liceum nieco maleje, ale jego nadal nie ma. Drżę, gdy czuję zimny wiatr otulający mój policzek.
"Gdzie jesteś?" - chcę już mieć to spotkanie za sobą. Chcę mu wreszcie powiedzieć, co sądzę o naszym podupadającym związku. Chcę mu uświadomić, że jeśli się nie zmieni to niestety będę musiała odsunąć się od niego. Kolejny silny powiew wiatru. Spoglądam jeszcze raz w kierunku drzwi. Nie ma go. Podnoszę się z ławki zarzucając torbę na prawe ramię. Wstaję i ruszam w stronę domu. Nie uchodzę jednak daleko, bo nagle kręci mi się w głowie. Świat zaczyna zasnuwać się czarną kotarą, aby zapobiec upadkowi niezręcznie siadam na ziemi.
- Ej, wszystko w porządku? - widzę jakąś twarz zaglądającą mi w oczy.
- Trochę mi słabo. - odpowiadam zgodnie z prawdą. Czuję jak jakaś silna ręka podpiera moje plecy, a druga wsuwa się pod zgięcia moich kolan. Potem zostaję lekko i delikatnie oderwana od ziemi. Opieram głowę na klatce piersiowej chłopaka.
Idziemy. Kątem oka dostrzegam drzwi szkoły i nagle kolejny powiew wiatru niesie jego głos.
-Nara! - krzyczy na całe gardło. -Nie zapomnij o mnie skarbie. - słychać delikatny śmiech dziewczyny.
Nagle się zatrzymujemy. Ktoś wyrywa mnie z ciepłych ramion i stawia na miękkich nogach.
- Co do kur...?! Z kim ty się zadajesz za moimi plecami? Co?! - jego krzyk wypełnia mój umysł.
- Zostaw ją. Jest w złym stanie, nie widzisz? - opanowany głos męski.
- Ty mi tu nie będziesz mówił co mam robić! To moja dziewczyna, więc radzę ci jej więcej nie dotykać! - zostaję lekko popchnięta w bok. Ostatkiem sił łapię się jakiejś barierki i znów zapobiegam upadkowi. Otwieram oczy. Widzę mojego chłopaka, który wyprowadza pierwszy cios w blondyna, później wszystko zamiera i pojawia się ciemność.
__________________________________________
Budzę się na niewygodnym łóżku w pokoju pielęgniarki. Krępa kobieta siedzi przy biurku notując coś w zeszycie.
- Imię i nazwisko? - pyta.
Szykuję się do odpowiedzi, ale ta pada z mojej prawej strony. Dopiero teraz zauważam siedzącego na krześle blondyna.
- Opowiedz mi jak do tego doszło. - w drzwiach pojawia się psycholog szkolny.
- Wychodziłem ze szkoły. Przede mną szła dziewczyna, nagle upadła. Podszedłem do niej i zapytałem czy wszystko w porządku. Odpowiedziała, że kręci się jej w głowie, więc ją wziąłem i wróciłem do szkoły. Przed wejściem stał jej chłopak, wyrwał mi ją z rąk i zaczął na nią wrzeszczeć, a potem rzucił się z pięściami na mnie.
-Więc go pobiłeś?
- Broniłem siebie i koleżanki, to on był agresywny. Auć! - syknął, gdy pielęgniarka przyłożyła mu gazę do brwi.
Zauważyłam rozcięty łuk brwiowy i podbite oko.
- Co było dalej?
- Gdy uderzyłem go w nos po prostu zwiał. Może mu go złamałem. Nie wiem.
- Wiesz jak się nazywał?
- Matt Blanc. - szepczę.
Od razu podbiega do mnie pielęgniarka i zasypuje mnie tysiącem pytań wypraszając przy tym chłopaka i psychologa. Mierzy mi puls i podaje aspirynę na ból głowy.
Podnoszę się z łóżka. Przez chwilę spoglądam na nią. Nie jest zadowolona z tego, że chcę już wyjść.
- Dasz sobie radę?
- Tak, poradzę sobie.
- Może jednak zadzwonię po twoich rodziców?
- Nie. Dam radę. Dziękuję. - powoli opuszczam gabinet.
Zmierzam do wyjścia. Nadal pada. Naciągam kaptur na głowę i wychodzę z budynku szkoły. Idę wolno walcząc z falą łez dobijającą się do moich oczu. Nagle słyszę przekleństwo. Podnoszę głowę. Pod drzewem stoi Matt i pali papierosa. Jego nos jest spuchnięty i zakrwawiony.
- No i co? - pyta ironicznie, patrząc na mnie z pogardą.
- Matt... musimy porozmawiać.
- Tak. Wiesz, że po tym co się stało nie możemy już być razem? Dałaś się obmacywać jakiemuś facetowi na moich oczach! Co jak co, ale to było przegięcie.
- Ale Matt...
- Dobrze wiesz, że to koniec. Ja też mam uczucia, a na dodatek złamany nos przez ciebie.
- I dobrze...
- Co powiedziałaś? - podchodzi bliżej mnie.
- To ty mnie zdradzałeś. Przyszłam, bo chciałam z tobą porozmawiać na ten temat. Upewniłam się, że plotki są prawdziwe. Chciałam, żebyś wiedział, że jeśli się nie poprawisz nie widzę przyszłości dla naszego związku. Nie poświęcałeś mi ani chwili przez ostatnie tygodnie. Nie odzywałeś się i nie dawałeś znaku życia, bo byłeś zajęty innymi dziewczynami!
- Teraz MNIE będziesz oskarżać?! To ty zawiniłaś (t.i.)!
- Ja? - po moich policzkach spływa kilka łez.
On mnie w ogóle nie kochał. Teraz to sobie uświadamiam.
- Nienawidzę cię! - nie kryje się już z łzami.
- Ni drzyj się! - jacyś ludzie zaczynają zwracać n nas większą uwagę.
- Jesteś sukinsynem! - w tym momencie chłopak doskakuje do mnie i uderza mnie w policzek.
Jestem jeszcze na tyle słaba, że chwieję się na nogach i gdyby nie silne ramiona znów zaliczyłabym upadek.
- Zostaw ją! Mało ci? Zawsze mogę dołożyć z drugiej strony. - rozpoznaję głos blondyna.
- Nie zniżę się do twojego poziomu. - rzuca Matt. - A z tobą... - wskazuje na mnie. - Jeszcze nie skończyłem. - odwraca się na pięcie i szybkim krokiem zmierza w swoją stronę.
Zostaję sama z moimi myślami i łzami na policzkach.
- Wszystko w porządku? - głos chłopaka przywołuje mnie do rzeczywistości.
Podnoszę zapłakany wzrok na jego twarz.
- Tak... Dziękuję ci za wszystko. - obraz rozmazuje się pod wpływem kolejnej fali łez.
Po chwili czuję, jak ktoś zamyka mnie w szczelnym i ciepłym uścisku. Natychmiast chwytam jego kurtkę i po prostu płaczę jak mała dziewczynka.
- Ej... no już, uspokój się. Wszystko będzie dobrze. - pociesza mnie.
W końcu odrywam się od niego. Pociągam nosem i ocieram rękawem moje łzy z policzków.
- Przepraszam cię za wszystko... Masz przeze mnie mokrą kurtkę. - wpatruję się w moje trampki.
- I tak pada. - zauważa racjonalnie i uśmiecha się w moją stronę.
- Tak. Dziękuję jeszcze raz...
- Uderzył cię? - zauważa mój czerwony policzek.
- Nie... To nic takiego. Nie ważne. - staram się zmienić temat.
- Nie kłam. Psycholog i tak skieruje sprawę do dyrekcji. Zostanie zawieszony w prawach ucznia.
- A ty?
- Mi nic nie będzie. Za pomoc nie ma kary. - znów się uśmiecha.
Odwzajemniam gest.
- Muszę już iść. Dziękuję ci jeszcze raz. - pomału ruszam w dalszą drogę.
Kątem oka obserwuje chłopaka. Widzę, że się wacha. W końcu znika gdzieś w oddali. Staram się wyrównać oddech. Nadal jestem w złym stanie psychicznym i fizycznym. Łzy tylko wzmocniły ból głowy.
- Odprowadzę cię. - znów pojawia się przy mnie.
- Dziękuję, ale już wystarczająco dla mnie zrobiłeś... To naprawdę nie jest konieczne. - nie chcę go zamęczać.
- A co jak znowu zemdlejesz? Nie wyglądasz za dobrze. - w końcu przystaję na jego propozycję.
Idziemy w milczeniu. Nie mam ochoty rozmawiać nawet z nim.
- Zerwałaś z nim? - zaskakuje mnie pytaniem.
- Chyba tak... - pociągam nosem.
Znów zapada niezręczna cisza. Droga prowadzi teraz pod górę, więc słyszę tylko jego przyspieszony oddech.
- Już niedaleko. - informuję go.
Przytakuje tylko głową. Nagle zrywa się silny wiatr. Drżę, gdy podmuch ściąga mi kaptur z głowy. W końcu mam tylko na sobie jakąś cienką bluzę.
- Masz. - podje mi swoją kurtkę. - Wiem, że jest mokra, ale będzie ci cieplej.
- Nie... To naprawdę niedaleko. - chłopak zarzuca mi ją na ramiona.
Chcąc nie chcąc przyjmuję jego ciepły gest. Znów idziemy w milczeniu. W końcu zatrzymuję się przed bramką do mojego ogródka. Obracam się w jego stronę i oddaję mu kurtkę.
- Dziękuję. - mówię to słowo po raz kolejny.
- Nie ma za co. Lepiej się czujesz? - pyta troskliwie.
- Tak. - kłamię. - Dzięki, już cię dłużej nie trzymam. - obracam się i otwieram bramkę.
Chłopak zatrzymuje mnie kładąc swoją dłoń na moim ramieniu. Teraz stoję prosto naprzeciwko niego. Muszę lekko zadzierać głowę, bo metr osiemdziesiąt robi swoje. Jego niebieskie oczy lustrują moją twarz. Nie jestem w stanie stwierdzić, jak długo trwa ta chwila. W końcu delikatnie chrząkam, chcąc zwrócić jego uwagę.
- Tak, to ja się będę zbierał. - jak oparzony odrywa ręke od mojego ramienia i spuszcza wzrok.
Rzucam mu jak najmilszy uśmiech i idę do domu. Wchodzę do przedpokoju i ściągam bluzę. Następnie podążam do kuchni w celu zaparzenia ciepłej herbaty. Gdy woda w czajniku już się zagotowała jestem już ubrana w suche dresy, zwykły t-shirt i puchate skarpetki. Do kubka dodaję dużą ilość soku z cytryny i łyżkę miodu. Upijam pierwszy łyk spoglądając przy tym na zegarek. Mama kończy dyżur za 20 minut. Postanawiam, że obejrzę sobie jakiś film. Włączam telewizor i przełączam programy. Wreszcie znajduję coś ciekawego, jednak po krótkim czasie dzwoni telefon. Próbuję go zignorować, ale osoba dzwoniąca nie daje za wygraną. W końcu zwlekam się z kanapy i snuję się powolnym krokiem do przedpokoju. Podnoszę słuchawkę.
- Hym? - pytam.
- Cześć córciu. Dyżur kończy się za dwadzieścia minut. Pomyślałam, żebyś wpadła do mnie i pojedziemy coś zjeść na miasto, bo nie mam ochoty dziś gotować, a nie chcę jeść trzeci dzień z rzędu pizzę.
- A nie możemy zamówić gyrosa? - marudzę, bo nie jestem zadowolona z takiej propozycji.
- Chcę wreszcie zjeść coś normalnego i zdrowego. Proszę cię, jutro przecież jest sobota, nigdzie się nam nie spieszy. Chyba, że wychodzisz z Mattem...
- Nie. - przerywam jej gwałtownie.
- No dobrze, w takim razie postanowione. - kończy rozmowę.
Odkładam słuchawkę i idę do mojego pokoju. Otwieram drzwi szafy i wyciągam z niej ciepły sweter w skandynawskie wzory i zwykłe dżinsy. Ubieram się szybko. Idę do łazienki. Przemywam twarz wodą i smaruję ją kremem nawilżającym. Włosy spinam w luźnego kłosa. Nie mam czasu na wymyślny makijaż, więc pokrywam tylko usta różowym błyszczykiem.
Znów idę do przedpokoju. Z wieszaka ściągam moją czarną kurtkę, w której zawsze mam słuchawki i ubieram beżowe botki. Zarzucam na siebie kurtkę, gaszę światło i wychodzę z domu. Zamykam drzwi, a klucze i portfel lądują w wewnętrznej kieszeni, natomiast telefon znajduję się w moich rękach, a po wybraniu odpowiedniej piosenki również ląduje w kieszeni. Szybkim krokiem idę na przystanek autobusowy. Mam szczęście, bo akurat podjeżdża odpowiedni autobus, który zawiezie mnie pod sam szpital. Wsiadam do pojazdu komunikacji miejskiej, kasuję bilet i zajmuję miejsce gdzieś w środku. Autobus nie jest zapełniony, co graniczy z cudem w tym mieście, ale w końcu mamy piątkowy wieczór, więc możemy wykluczyć tłumy uczniów i studentów. Zajmuję się podziwianiem krajobrazu za oknem. Są to najczęściej niskie domki. Wszystkie takie same. Po dziesięciu minutach jesteśmy już w centrum. W końcu autobus zatrzymuje się na odpowiedniej ulicy, a ja wyskakuję z niego. Znów owiewa mnie zimne powietrze, więc biegnę do drzwi szpitala. Wchodzę do pomieszczenia, którym jest długi, oświetlony korytarz i od razu kieruję się do windy. Gdy drzwi tej maszyny się otwierają wchodzę do środka i wciskam guzik z numerem 5 Po kilkunastu sekundach drzwi otwierają się, a ja wychodzę prosto pod drzwi gabinetu mojej mamy. Pokój numer 120. Rozpinam kurtkę i wyciągam słuchawki. Uśmiecham się do znajomych mi twarzy i delikatnie pukam w drzwi. Nie czekając na odpowiedź wchodzę.
- Cześć mamo... - zauważam, że na kozetce leży pacjent. - Przyjdę za chwilkę... - chcę wyjść, ale mama każe mi zostać.
Zajmuję jedno z krzeseł przy biurku. Pacjent jest schowany za parawanem, więc go nie widzę, ale jego męski głos nie budzi podejrzeń. Mama rozmawia z nim o jakiejś ręce. Chyba złamanie. W każdym razie nic poważnego.
- No dobrze. Zaraz zawołam pielęgniarkę i zaprowadzi pana na rentgen. - moja mama siada do komputera i wystawia skierowanie.
Sięgam po jakąś książkę leżącą na jej biurku i z nudów zaczynam czytać. Do rzeczywistości przywołuje mnie głos mamy.
- Moja córka pana zaprowadzi. Nie traćmy czasu. - podnoszę wzrok i na chwilę zamieram, a potem delikatnie się uśmiecham.
Przede mną stoi blondyn - bohater dzisiejszego dnia.
- (t.i.) zaprowadź go do Irmy. Zrobi zdjęcia i po sprawie. - nie zamierzam kwestionować rozkazu mamy. Nie tym razem. Bez słowa opuszczam gabinet, a on wychodzi za mną. Mama zamyka za nami drzwi uśmiechając się dwuznacznie.
Znów odwracam się do chłopaka, a on rzuca mi jeden ze swoich uśmiechów.
- A więc jesteś (t.i.)? Myślałem, że już nigdy nie dowiem się, jak masz na imię, a tu proszę, nie musiałem długo czekać. - jego niebieskie tęczówki świecą nowym blaskiem.
- A ja miałam gdzieś cichą nadzieję, że będę mogła ci się odwdzięczyć za dzisiaj. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła. Chodź. - odwracam się, chcąc ukryć rumieniec na moich policzkach i prowadzę chłopaka do Irmy, znajomej mamy. W końcu jesteśmy na miejscu. Lekarka wciąga go od razu do gabinetu, nawet nie każąc mu czekać. Ja zostaję na zewnątrz i czekam na koniec badania. W końcu chłopak wychodzi z dużą kopertą, w której są zdjęcia rentgenowskie. Dziękuję Irmie i razem ruszamy w drogę powrotną. Chłopak idzie obok mnie, ramię w ramię. Nagle przystaję jak sparaliżowana. Rzuca mi pytające spojrzenie.
- To nie...? - pytam z przerażeniem.
- Nie, spadłem ze ścianki na treningu. - od razu wie, co mam na myśli.
- To dobrze. - wypuszczam powietrze z cichym świstem.
- Myślisz, że dał by mi radę? - pyta trochę bardziej oschle.
- Myślę, że nie. On jest tylko twardy na pokaz. Nic więcej. - obracam się, żeby niebieskooki nie widział mojej twarzy i zeszklonych oczu.
- To czemu z nim byłaś? - zagląda bez trudu w moje tęczówki.
Próbuję odpowiedzieć, ale nie potrafię. Znów ruszam przed siebie, prowadząc go z powrotem do mojej mamy. W końcu jesteśmy już w jej gabinecie. Mama ma już przygotowany gips i sprawnie załatwia całą sprawę. Patrzę na to z uśmiechem. Zawsze podziwiam pracę mojej rodzicielki. Odkąd zostawił nas tata, mama skupiła się na pracy i na pomaganiu innym. Nigdy nie miała za wiele czasu dla siebie, albo po prostu nie chciała mieć.
- Tutaj masz termin na ściągnięcie gipsu. Żadnych treningów i uważaj na siebie. Żebym cię tu więcej nie widziała. - podaje chłopakowi receptę i jego książeczkę zdrowia.
- Dziękuję. - blondyn spogląda na mnie, a ona od razu to zauważa.
- Wiesz co córciu, chyba jednak nie pójdę z tobą na miasto, jestem bardzo zmęczona dzisiejszym dniem, ale może twój kolega pójdzie z tobą. Przecież chciałaś miło spędzić wieczór. - spogląda na mnie z uśmiechem.
- Jeśli (t.i.) się zgodzi, to chętnie jej potowarzyszę. - od razu zgłasza się blondyn.
Świdruję przez chwilę moją mamę wzrokiem, ale ona tylko się uśmiecha.
- No dobrze, niech będzie. - zgadzam się w końcu.
Na ustach chłopaka pojawia się uśmiech, mamusia jest zadowolona z przebiegu całej akcji i szybko wygania nas na zewnątrz.
- Nie zmarnuj tego (t.i.), to dobry chłopka. - szepcze mi do ucha i zamyka za nami drzwi.
Zostajemy sami na korytarzu i w ciszy zmierzamy do wyjścia. W pewnym sensie czuję się nieswojo, bo nigdy dotychczas nie wychodziłam z chłopakiem po tak krótkiej znajomości.
- Gdzie idziemy? - pada pytanie chłopaka.
- Gdzie chcesz Niall.
- Pamiętasz moje imię. - stwierdza zdziwiony. - No dobra t zdajesz się na mnie?
Przytakuję lekko głową. Chłopak wyciąga dłoń w moją stronę, a ja bez wahania splatam nasz palce. Wychodzimy na ulicę i zmierzamy do autobusu, rozmawiając przy tym, jak dobrzy przyjaciele. W końcu siadamy do pojazdu i jedziemy na rynek. Czuję stado motyli fruwających w moim brzuchu, gdy tylko spogląda w moje oczy. Przy innym nigdy się tak nie czułam. Teraz jest po prostu wspaniale. Po kilkunastu minutach znajdujemy się przed jakąś włoską pizzerią. Niall otwiera mi drzwi, uśmiechając się przy tym po prostu bosko. Wchodzę do środka, zostaję powitana przez kelnera, który zaprowadza nas do podwójnego stolika. Siadamy w cichym kącie i zamawiamy dużą pizzę z serem, pomidorami i szynką, a do tego herbatę dla mnie i colę dla Nialla.
W końcu zostajemy sami, a jakaś przyjemna cisza panuję między nami.
- Pięknie się uśmiechasz. - przerywa w końcu ciszę.
Spuszczam głowę, bo czuję rumieniec na moim policzku. Niall odgarnia mi kosmyk za ucho, a potem delikatnie łapie mój podbródek.
- On nie był ciebie wart. - stwierdza.
- Tak mówisz? - od razu moje oczy stają się szklane.
- Tak. Nie doceniał co miał. Dobrze, że już nie jesteś jego. - całuje mnie delikatnie w nos, a potem opiera swoje czoło o moje.
- Dziękuję jeszcze raz, za wszystko. - czuję jego oddech na moim policzku.
- Wiesz dobrze, że nie ma za co. - odrywamy się od siebie, bo właśnie podchodzi do nas kelner z naszym zamówieniem. Zaczynam pałaszować pizzę, bo jestem już trochę głodna. Po tej przyjemnej kolacji Niall odprowadza mnie pod sam dom.
Stoimy przed drzwiami do mojego domu i nikomu nie chce się iść.
- Okej, to ja już pójdę. - chłopak odwraca się, jednak łapię go za zdrową rękę i nie pozwalam mu odejść.
- Chciałam ci podziękować, za tak miły wieczór... - przerywa mi szybkim pocałunkiem w usta, a potem oddala się ode mnie.
- Nie ma za co! - krzyczy już za bramką.
Czekam, aż znika mi za rogiem, a potem wolno sięgam do moich warg i dotykam je palcami.
- Dziękuję Niall. - uszczęśliwiona wchodzę do domu.
W progu wita mnie mama, która od razu ściska mnie mocno.
- Podglądałaś. - bardziej stwierdzam, niż pytam.
Przytakuje lekko zawstydzona.
- Idę się umyć. - biegnę do łazienki i biorę ciepłą kąpiel, a potem przebieram się w ciepłą piżamę.
W końcu leżę już w łóżku, a uśmiech nie schodzi mi z ust. Cały czas myślę o jego niebieskich oczach i miękkich blond włosach.
- Chyba cię uwielbiam Niall... - ziewam szeroko i zamykam oczy.
Po chwili już śpię.
_______________________________________________________________________
*tydzień później*
Znów jestem przed tym budynkiem szkoły, ale teraz czekam na kogoś zupełnie innego. Matt został przeniesiony do jakiegoś prywatnego liceum. Tym razem pogoda jest ładna, przez chmury przebijają się promyki słońca. W końcu w drzwiach pojawia się Niall. Jest ubrany w dżinsy i ciemną kurtkę spod której wystaje zielona koszula w kratę.
- Cześć. - wita mnie całusem w policzek. - Jak tam?
- Dobrze. Cieszę się, że cię widzę. - uśmiecham się szczerze.
- Ja też. - obejmuje mnie złamaną ręką.
- Auć. - szturcham go lekko w bok.
- Przepraszam. - i zaraz pojawia się po drugiej stronie i obejmuje mnie jeszcze raz.
- Tak lepiej. - idziemy w stronę mojego domu prowadząc cichą rozmowę.
Ludzie nie zwracają na nas najmniejszej uwagi, co bardzo mnie cieszy, bo czuję się pewniej.
- Nie będzie ci to przeszkadzać? - spogląda na mnie.
- Przepraszam, nie słuchałam. - przyznaję się.
- Muszę pomóc koleżance w przygotowaniach do zawodów. Ja nie mogę wystartować, a ona poprosiła mnie o pomoc. Czy będzie ci to przeszkadzać? - wyczekuje mojej odpowiedzi.
- Nie, no co ty. Nie ma problemu.
- Uwielbiam cię. - całuje mnie w czoło i jak co dzień odprowadza pod same drzwi.
_______________________________________________________________________
* Kilka miesięcy później*
Dziś wracam sama do domu. Niall ma trening. To znaczy pomaga tej całej Clary. Nie mam nic przeciwko, ale trochę mnie zaniedbał. No, ale mają już niedużo czasu do zawodów, to w końcu zrozumiałe, że muszą więcej trenować. Przekraczam drzwi mojego domu, pustego bez niego. Niall zawsze zostawał ze mną, aż do przyjazdu mojej mamy, dziś muszę zostać sama. No trudno. Idę do mojego pokoju i siadam do lekcji. Po jakiejś godzince jestem już gotowa i właśnie wtedy do pokoju wchodzi moja mama.
- Co się stało? - pytam, bo zauważam szeroki uśmiech na jej ustach.
- Zgaduj! - uśmiecha się jeszcze bardziej.
- Dostałaś awans.
- Coś lepszego.
Zastanawiam się przez chwilę...
- Umówiłaś się z Robertem!
- Taaaak! - ściska mnie mocno. - Musisz mi pomóc się przygotować! - ciągnie mnie do swojej sypialni.
Kolejną godzinę spędzam na wybieraniu sukienki, czesaniu i malowaniu mojej mamy. Dopiero teraz widzę, jak jest do mnie podobna, gdy tak się uśmiecha.
- Wyglądasz prawie jak ja, gdy widzę Nialla.
- Nie (t.i.) to ty wyglądasz jak ja. Jesteś moją córką. i jesteś podobna do mnie.
- I do taty. - dodaję w myślach.
- Dobra wychodź, muszę się przebrać.
Wychodzę z sypialni uśmiechając się lekko. Moja mama zachowuje się czterdziestoletnia nastolatka.
- I jak? - w kuchni pojawia się mama.
- Wooo. - zamieram na jej widok.
Ma na sobie czarną, długą sukienkę, na cienkich ramiączkach, z równo ściętym dekoltem i wycięciem na nogę. Sukienka pokryta jest lśniącymi, czarnymi płytkami. Kok na jej głowie wygląda idealnie, a czarne szpilki dodają charakteru.
- Wyglądasz... pięknie i jakby dziesięć lat młodziej. - odpowiada mi jej szczery śmiech.
- Schlebiasz mi córuś.
- Mówię prawdę. - w mieszkaniu roznosi się dźwięk dzwonka.
- Aaaaaa! To on! - pisk mojej mamusi wypełnia całą kuchnię.
- Otworzę, a ty popraw jeszcze sukienkę. - zmierzam w stronę drzwi.
- Dzień dobry. Jestem Robert Pitter, przyjaciel twojej mamy. - w drzwiach stoi wysoki czterdziestopięciolatek, którego wiele razy widziałam w szpitalu, w którym pracuje moja mama.
- (t.i.) (t.n.) - ściskam rękę bruneta. - Mama już nie może się doczekać. Niech pan wejdzie. - uchylam szerzej drzwi.
Robert wchodzi do przedpokoju, a po przeciwnej stronie pojawia się mama. Widzę jak na nią patrzy.
- Baw się dobrze! - całuję ją w policzek i lekko popycham ją w stronę Roberta, ale ona nie zwraca już na mnie uwagi.
Opuszczają dom w wspaniałych nastrojach, a ja zostaję sama.
Postanawiam odwiedzić Nialla i odebrać go z treningu. Od razu opuszczam dom, ubierając tylko zwykłą kurtkę.
Po długiej jeździe autobusem wysiadam przed dużą halą sportową, w której trenuje klub chłopaka. Już nie mogę się doczekać, jak opowiem mu o mamie i Robercie. Na pewno się ucieszy. Wchodzę do budynku i zmierzam na halę treningową. Baz trudu odnajduję szatnię chłopaków i czekam na Nialla, ale z pomieszczenia wychodzi Louis - najlepszy kumpel blondyna.
- O (t.i.)! Co tu robisz? - zasłania mi widok pomieszczenia.
- Przyszłam po Nialla. Jest tu?
- Um... Tak, ale bierze prysznic.
- Ale on nie trenuje. - oświecam szatyna.
- No tak, ale chciał wziąć prysznic, bo w domu coś mu się zepsuło czy coś. - ręka Louis nerwowo gestykulowała.
- Przepuść mnie. - żądam wreszcie.
- Nie możesz tam wejść.
- Mogę. - robię krok do przodu.
- Mówiłem, że jest prysznicem? Nie Niall jest jeszcze na sali, a nie tu. -w końcu przepycham się przez osobę Louisa.
- Cześć... - urywam w pół słowa.
W tym momencie czarnowłosa dziewczyna odrywa się od Nialla i patrzy na mnie spod łba. Spoglądam na niego... jest zdziwiony. Nic więcej nie dostrzegam, bo obraz się zamazuje. Wybiegam z szatni. Po drodze uderzam w zamyślonego Louisa. Słyszę krzyki Nialla, ale nie zwracam na nie uwagi.
Wybiegam z budynku i pędzę przed siebie.
- (t.i.)! - słyszę jego głos, ale biegnę dalej. - (t.i.) zaczekaj! - nie zamierzam się zatrzymywać.
- (t.i.) stój! - jego dłoń pojawia się na moim ramieniu,
- Zostaw mnie! - wyrywam się z jego uścisku, ale już nie biegnę.
Czuję, że po moi policzku spływają łzy.
- Zostaw mnie Niall. - dodaję ciszej. - To nie ma sensu!
- (t.i.) to nie tak jak myślisz...
- Daruj sobie. Zostaw mnie w spokoju. - odwracam się i znów biegnę.
Przestaję, gdy zauważam, że wcale mnie nie goni. Zmierzam w stronę domu. Obraz jest cały czas rozmazany. Jak on mógł? Miał być inny. Czuję ból, gdzieś w okolicach serca. To wcale nie miało tak być. W końcu docieram do mojego domu. Nie mogę włożyć kluczyka, bo trzęsą mi się ręce. Po piątej próbie wreszcie mi się udaje. Wpadam do domu i od razu biegnę do mojego pokoju. Rzucam się na łóżko i zanoszę się płaczem, którego nikt nie słyszy. Jest mi bardzo źle. Myślałam, że on mnie kocha, ale znów się myliłam.
Siadam na łóżku i próbuję się opanować. Postanawiam zadzwonić do mamy, ale przypominam sobie, że przecież jest na randce z Robertem. Siedzę bezczynnie przez jakieś dziesięć minut. W końcu jednak sięgam po telefon i wybieram jej numer.
Po piątym sygnale słyszę jej głos.
- Cześć (t.i.) stało się coś?
- Bo... - zaczynam zdławionym głosem. - To wszystko przez Nialla. - do oczu napływa kolejna fala łez.
- Ale skarbie uspokój się. No już, zaraz będę. Nie płacz. (t.i.) proszę cię, już jadę.
- Dzi...ęku...ję. - udaje mi się połknąć łzy.
- Zraz będę. - w słuchawce słychać długi sygnał.
Odkładam telefon na szafkę i siedzę w samotnie ciszy.
Po chwili słyszę jakieś odgłosy dochodzące z mojego balkonu. Pomału wychodzę na zewnątrz. Pada deszcz. Wyglądam przez barierkę i zauważam blond czuprynę stojącą na dole.
- Idź sobie Niall! - krzyczę nie zwracając uwagi na deszcz.
- Nie. Wpuść mnie. Chcę porozmawiać.
- Nie mamy o czym.
- (t.i.) myślisz, że zamknięte drzwi to dla mnie jakaś przeszkoda? - wzdycha ciężko. - Poczekaj chwilę. - łapie się pierwszej kolumny, a po chwili siedzi już na barierce przede mną. Spogląda z góry w moje oczy, które znów napełniają się łzami.
- Zostaw mnie w spokoju. - szepczę i uciekam do pokoju, jednak on wkracza za mną.
- Nie. Chcę porozmawiać.
- Ale ja nie chcę. - obracam się w jego stronę.
Próbuje dotknąć mojego policzka, ale odwracam głowę i siadam na łóżku. Niall opiera się o ścianę. Jest cały mokry, jednak staram się nie zwracać na to uwagi.
- To nie tak jak myślisz...
- Przestań.
- Ja wcale jej nie całowałem.
- Tak? Tylko robiłeś usta usta bo mdlała na stojąco?
- Nie. To ona się do mnie przykleiła.
- Zwalaj na nią.
- Dobrze, powiem ci całą prawdę. To była moje była dziewczyna, ale zerwałem z nią kilka miesięcy temu, jeszcze za nim poznałem ciebie. Byliśmy ze sobą bardzo blisko, nawet po rozstaniu. Byłem jej przyjacielem i dlatego pomogłem jej w treningach. Tylko, że on chyba jeszcze coś do mnie czuje, ale ja kocham tylko ciebie (t.i.). Musisz mi uwierzyć. - dalej soi tam, nie ruszając się.
Nie mam pojęcia, co o tym wszystkim sądzić. Ja przecież też go kocham. W końcu jesteśmy ze sobą już pół roku.
- Czy to się jeszcze kiedyś zdarzyło? - mój głos drży.
Przecząco kiwa głową.
- Przepraszam to było pierwszy i ostatni raz. Nie będę jej już pomagał, ale daj mi jeszcze jedną szansę. Proszę. - dalej stoi pod ścianą.
Spuszczam głowę. Przecież nie pozwolę mu odejść. Podnoszę na niego wzrok. Widzę w jego oczach napięcie. Lekko kiwam głową, a po chwili już znajduję się nad ziemią w jego ramionach.
- Kocham cię. - szepcze mi do ucha, tuląc mnie mocno do siebie. - I przepraszam. Nigdy więcej, obiecuję. - splatam swoje dłonie za jego karkiem, a on całuje mnie w usta.
W tym momencie drzwi od pokoju otwierają się i pojawia się w nich mama z Robertem.
Nie zwracam na nich uwagi i dopiero po chwili odrywam się od blondyna.
- Niall to jest Robert... znajomy mojej mamy. - przedstawiam mu bruneta.
Wymieniają między sobą męskie uściski.
- Bliski znajomy. - uzupełnia mama, patrząc na niego z uśmiechem i błyskiem w oczach.- No dobrze, skoro już wróciliśmy zrobimy sobie miły wieczór z horrorami. Tylko pójdę się przebrać. - ciągnie za sobą Roberta uśmiechając się do mnie.
Znów zostajemy sami. Spoglądam na Nialla.
- Udowodnię ci, że jestem ciebie wart.
- Już to udowodniłeś, bo tu jesteś. - wtulam się w niego, a on całuje mnie w głowę.
Ach!! Kocham happy endy!! ^^ Jak przeczytałam, że Niall się całował z inną, to już miałam lecieć i go zabić. No bo jak mógł jej to zrobić?! Ale wszystko jest już pięknie :) Świetny imagin :**
OdpowiedzUsuńO jaa ciee :o
OdpowiedzUsuńTak sobie czytam... czytam.. wyobrażam Andrzejka (hasztag haha) a tu nagle Niall! *badum tss* :O
W sumie zapomniałam z lekka, że jest to, jakby nie patrzeć blog o 1D, więc czego ja się tu mogę spodziewać... do rzeczy.
A tag na marginesie.. to pierwsze co mi przyszło do głowy, gdy wlazł jej przez balkon, myślałam, że go zepchnie. :/
A zakończenie.. takie słodkie. :3
Jednym słowem - przecudowny imagin, więcej chcem takich! ^o^
Pozdrowionka ~
Omg... od czego by tu zacząć...
OdpowiedzUsuńŚwietny imagin!
Szczerze mówiąc nie spodziewałam się happy endu po czymś takim. Ale jednak ty lubisz zaskakiwać :D
Życzę weny!
Edzia :*