Hej, ludzie!
Tutaj posypią się przeprosiny, bo musieliście czekać na drugą część ponad trzy tygodnie. Wiem jestem okropna. Więc spięłam się dzisiaj, żeby go dodać, chociaż mi się nie podoba. Uważam, że wyszedł beznadziejnie. Tylko końcówka w miarę mi się podoba, ale trudno. Może Wam to będzie odpowiadać. Więc... no do zobaczenia.
March
Otępiała patrzyłam na drogę, gdzie za zakrętem zniknął samochód Liama. Jak to jest możliwe? Jak to możliwe, że silny, wysportowany chłopak okazuje się być chory? Być może nawet śmiertelnie. Dlaczego nikt nic nie zauważył? Czy naprawdę ludzie są już tak pozbawieni empatii?
Potrząsnęłam głową próbując odgonić czarne myśli. To nie może się tak skończyć. Nikt nie powinien umierać prawie nie zaznawszy życia. Uważam, że to cholernie niesprawiedliwe, gdy okrutny dotyk śmierci upatrzy sobie dzieci, nastolatków. Nikt nie powinien umierać tak młodo. Popchnęło mnie to do jednej decyzji. Postanowiłam, że będę walczyć razem z nim. Tak, żeby Liam już nigdy nie poczuł się samotny. Tak, aby wiedział, że ma na kogo liczyć. Tak, jakby jutra miało nie być. Nawet jeśli braknie mu sił i będzie chciał się poddać. Nie pozwolę na to. Nigdy do tego nie dopuszczę.
Z nieco lepszym nastawieniem zamknęłam w końcu drzwi i udałam się do kuchni. Jak to mówiła moja babcia, kakao jest dobre na wszystko, więc postanowiłam przygotować sobie kubek tego pysznego napoju. Dodając na wierzch nieco bitej śmietany, złapałam go i walnęłam się na kanapę bezmyślnie przerzucając kanały w telewizji. Jak zwykle nic ciekawego w niej nie było. Wciskałam guzik na pilocie, przewijając kolejne głupie seriale i powtórki meczów, kiedy nagle moją uwagę przykuł jeden obraz. Na ekranie wyświetlało się zdjęcie z wypadku. Roztrzaskane auta, wygięte barierki i policja starająca się jak najszybciej wszystko ogarnąć. Rozpoznawałam to miejsce. Było zaledwie 10 minut drogi ode mnie. Ale zupełnie nie to tak mnie przytłoczyło. Poznawałam ten samochód. Jeden z roztrzaskanych pojazdów, dopiero co opuścił podjazd mojego domu. Ta pogięta teraz kupa złomu należała do Liama Payne'a. Tego samego, który roztrzęsiony, po tym jak wyznał mi swoją najstraszniejszą tajemnicę uciekł stąd, by nie musieć nic więcej mówić. A to wszystko składało się do jednego stwierdzenia. To była moja wina. Gdyby nie moje głupie pytania, Liam wyszedłby spokojny i zwracałby większą uwagę na to co się dzieje. Gdyby nie moja chęć poznania prawdy, ten chłopak nie trząsłby się z emocji, z bólu i byłby bardziej skoncentrowany. Gdyby nie ja, do tego wypadku mogłoby nie dojść.
Nie zważając na nic więcej, rzuciłam się do przedpokoju w pośpiechu zakładając buty. Wybiegłam z domu i udałam się na miejsce katastrofy z nadzieją, że uda mi się czegoś dowiedzieć. Z daleka widziałam już tłum ludzi, którzy z ciekawości przystawali, żeby zobaczyć co się stało. Przepchnęłam się do przodu, nie zwracając uwagi na protesty potrącanych przeze mnie osób. W pobliżu nie widać było żadnych karetek, ani ofiar. Podbiegłam do jednego z policjantów.
- Przepraszam, gdzie jest chłopak z tego srebrnego samochodu? - zwróciłam się do niego. Głos mi się łamał bez względu na to jak bardzo starałam się opanować. Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem, po czym widząc łzy płynące z moich oczu uśmiechnął się pocieszająco.
- Wszystkie ofiary zostały już przewiezione do szpitala, spróbuj tam go poszukać - odparł łagodnym tonem. Skinęłam głową mrucząc niewyraźne podziękowanie. Znów ruszyłam biegiem, tym razem starając się wymyślić najkrótszą trasę do szpitala. Zatrzymałam się dopiero zauważając pustą taksówkę i wsiadając do niej.
- Do szpitala, proszę - krzyknęłam. Kierowca zdezorientowany moim pośpiechem ruszył z piskiem opon, jakby wyczuwając, że chcę się tam dostać jak najszybciej. Podenerwowana wystukiwałam nieznany rytm na udzie i rozglądałam się dookoła, jakby miało mi to pomóc dotrzeć szybciej na miejsce. Po paru minutach pojazd zatrzymał się, a ja rzuciłam banknot kierowcy i krzycząc, że reszty nie trzeba pobiegłam do białego budynku. Nigdy nie lubiłam odwiedzać szpitali, a teraz, gdy martwiłam się o Liama jego atmosfera jeszcze bardziej mnie przytłoczyła. Do moich nozdrzy wdarł się nieprzyjemny zapach chemikaliów, a od wszechogarniającego hałasu rozbolała mnie głowa.
Potrząsnęłam głową próbując odgonić czarne myśli. To nie może się tak skończyć. Nikt nie powinien umierać prawie nie zaznawszy życia. Uważam, że to cholernie niesprawiedliwe, gdy okrutny dotyk śmierci upatrzy sobie dzieci, nastolatków. Nikt nie powinien umierać tak młodo. Popchnęło mnie to do jednej decyzji. Postanowiłam, że będę walczyć razem z nim. Tak, żeby Liam już nigdy nie poczuł się samotny. Tak, aby wiedział, że ma na kogo liczyć. Tak, jakby jutra miało nie być. Nawet jeśli braknie mu sił i będzie chciał się poddać. Nie pozwolę na to. Nigdy do tego nie dopuszczę.
Z nieco lepszym nastawieniem zamknęłam w końcu drzwi i udałam się do kuchni. Jak to mówiła moja babcia, kakao jest dobre na wszystko, więc postanowiłam przygotować sobie kubek tego pysznego napoju. Dodając na wierzch nieco bitej śmietany, złapałam go i walnęłam się na kanapę bezmyślnie przerzucając kanały w telewizji. Jak zwykle nic ciekawego w niej nie było. Wciskałam guzik na pilocie, przewijając kolejne głupie seriale i powtórki meczów, kiedy nagle moją uwagę przykuł jeden obraz. Na ekranie wyświetlało się zdjęcie z wypadku. Roztrzaskane auta, wygięte barierki i policja starająca się jak najszybciej wszystko ogarnąć. Rozpoznawałam to miejsce. Było zaledwie 10 minut drogi ode mnie. Ale zupełnie nie to tak mnie przytłoczyło. Poznawałam ten samochód. Jeden z roztrzaskanych pojazdów, dopiero co opuścił podjazd mojego domu. Ta pogięta teraz kupa złomu należała do Liama Payne'a. Tego samego, który roztrzęsiony, po tym jak wyznał mi swoją najstraszniejszą tajemnicę uciekł stąd, by nie musieć nic więcej mówić. A to wszystko składało się do jednego stwierdzenia. To była moja wina. Gdyby nie moje głupie pytania, Liam wyszedłby spokojny i zwracałby większą uwagę na to co się dzieje. Gdyby nie moja chęć poznania prawdy, ten chłopak nie trząsłby się z emocji, z bólu i byłby bardziej skoncentrowany. Gdyby nie ja, do tego wypadku mogłoby nie dojść.
Nie zważając na nic więcej, rzuciłam się do przedpokoju w pośpiechu zakładając buty. Wybiegłam z domu i udałam się na miejsce katastrofy z nadzieją, że uda mi się czegoś dowiedzieć. Z daleka widziałam już tłum ludzi, którzy z ciekawości przystawali, żeby zobaczyć co się stało. Przepchnęłam się do przodu, nie zwracając uwagi na protesty potrącanych przeze mnie osób. W pobliżu nie widać było żadnych karetek, ani ofiar. Podbiegłam do jednego z policjantów.
- Przepraszam, gdzie jest chłopak z tego srebrnego samochodu? - zwróciłam się do niego. Głos mi się łamał bez względu na to jak bardzo starałam się opanować. Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem, po czym widząc łzy płynące z moich oczu uśmiechnął się pocieszająco.
- Wszystkie ofiary zostały już przewiezione do szpitala, spróbuj tam go poszukać - odparł łagodnym tonem. Skinęłam głową mrucząc niewyraźne podziękowanie. Znów ruszyłam biegiem, tym razem starając się wymyślić najkrótszą trasę do szpitala. Zatrzymałam się dopiero zauważając pustą taksówkę i wsiadając do niej.
- Do szpitala, proszę - krzyknęłam. Kierowca zdezorientowany moim pośpiechem ruszył z piskiem opon, jakby wyczuwając, że chcę się tam dostać jak najszybciej. Podenerwowana wystukiwałam nieznany rytm na udzie i rozglądałam się dookoła, jakby miało mi to pomóc dotrzeć szybciej na miejsce. Po paru minutach pojazd zatrzymał się, a ja rzuciłam banknot kierowcy i krzycząc, że reszty nie trzeba pobiegłam do białego budynku. Nigdy nie lubiłam odwiedzać szpitali, a teraz, gdy martwiłam się o Liama jego atmosfera jeszcze bardziej mnie przytłoczyła. Do moich nozdrzy wdarł się nieprzyjemny zapach chemikaliów, a od wszechogarniającego hałasu rozbolała mnie głowa.
W recepcji siedziała krępa blondynka w średnim wieku, garbiła się spoglądając w ekran komputera, ale kiedy podeszłam podniosła wzrok.
- Mogę ci w czymś pomóc, dziecko? - spytała z miłym uśmiechem.
- Szukam Liama Payne'a. Przywieźli go z wypadku - odparłam zdyszana.
- W tej chwili jest na badaniach, ale możesz tu poczekać aż zostanie przewieziony do sali.
- Dobrze, dziękuję - skinęłam głową i usiadłam na jednym ze stojących pod ścianą krzeseł.
Najgorsze w takich chwilach jest czekanie. Wtedy opanowują nas najgorsze myśli, najstraszniejsze scenariusze. Tylko, że ja nie miałam wyboru. Musiałam czekać, póki nie przekonam się, że wszystko jest w porządku. Ten wypadek to moja wina i muszę dowiedzieć się jak wielką szkodę wyrządziłam. Wiem, że prawdopodobnie nie zdołam nic naprawić, ale to dla mnie ważne. I tak nie zdołałabym o niczym innym myśleć, więc może tak będzie lepiej.
Czekanie nie jest moją dobrą stroną. Jestem strasznie niecierpliwa. Jakiś czas udaje mi się usiedzieć na krześle, ale po chwili wstaję i zaczynam krążyć po korytarzu. Jednak to też nie pomaga. Znowu więc zajmuję miejsce na siedzeniu i sprawdzam godzinę. 19:56. Siedzę tu od pół godziny, a mam wrażenie, że minęła cała wieczność. Noga zaczyna mi nerwowo podrygiwać, a ludzie przyglądają mi się z mieszaniną współczucia i irytacji na twarzy. Oni też prawdopodobnie są tu już długo, a moje zachowanie dodatkowo doprowadza ich do szału, ale nie potrafię się opanować. To jest silniejsze ode mnie. Nie mogę usiedzieć w miejscu. Po około dziesięciu minutach słyszę wołającą mnie recepconistkę:
- Hej, dziewczynko. Twój chłopak jest już na sali, powinien być tam też jego lekarz, który odpowie na twoje pytania - wyjaśnia z uśmiechem i wskazując mi jak tam dojść. Nie poprawiam jej, że Liam nie jest moim chłopakiem, bo wtedy nie będą chcieli mi nic powiedzieć i mrucząc podziękowania zmuszam kąciki ust do uniesienia się, co wyszło raczej marnie.
Kieruję swoje kroki na schody i przeskakuję po dwa, żeby szybciej dotrzeć na miejsce. Zatrzymuję się przed drzwiami, gdzie w małym okienku widzę leżącego na łóżku szatyna. Ma trochę zadrapań na twarzy i wielkiego siniaka na czole, ale oprócz tego nie widzę nic poważnego. Mimo to ma podłączonych milion rurek i innych tego typu rzeczy, co nieco zbija mnie z tropu. W środku jest także lekarz, ale postanawiam poczekać aż wyjdzie.
- Co z nim? - pytam, gdy tylko mężczyzna znajduje się na korytarzu.
- Ma wstrząs mózgu i złamane żebro, ale tak poza tym nic mu się nie stało - oznajmia, a ja wzdycham z ulgą.
- Mogę do niego wejść? - wskazuję ręką w stronę Liama.
- Wpuszczamy tylko rodzinę, a ty jesteś?
- Jego dziewczyną - kłamię, chcąc znaleźć się jak najbliżej Liama, między innymi po to, żeby go przeprosić.
- Dobrze, niech będzie, ale nie siedź tam całą noc - lekarz kiwa głową i odchodzi. Cicho wchodzę do środka i siadam na taborecie stojącym obok łóżka. Chłopak śpi, jego oddech jest spokojny, choć nieco urywany. Z bliska widzę, że klatkę piersiową ma owiniętą bandażem, a lewa dłoń jest spuchnięta. Jednak nawet poturbowany, Liam jest moim zdaniem piękny. Nie mogę się powstrzymać i delikatnie chwytam jego dłoń. Biję się z poczuciem winy, kiedy na mój dotyk chłopak się budzi.
- Cześć - szepczę drżącym głosem.
- Co się stało? Co ty tu robisz? - zadaje pytania Liam, patrząc na mnie ze zdezorientowaniem.
- Miałeś wypadek, pamiętasz? Masz wstrząs mózgu i złamane żebro... a to wszystko moja wina. Przepraszam. Jest mi tak przykro - łzy napływają mi do oczu. - Ja naprawdę nie chciałam, żeby stała ci się krzywda. Przepraszam. Przepraszam, że tak naciskałam z tymi pytaniami. Przepraszam, to wszystko moja wina. Przepraszam - zaczynam szlochać.
- Ej. To nie prawda, nie miałaś na to wpływu. Nic się nie stało, naprawdę - odpowiada chłopak. Swoją drogą jestem naprawdę beznadziejna. To on miał wypadek i leży w szpitalu połamany i to jego raczej należałoby pocieszać, a to on pociesza mnie. Jestem okropna.
- Ale to przeze mnie byłeś zdenerwowany, to moja wina - drążę.
- Nikt nie mógł tego przewidzieć, to naprawdę nie jest twoja wina. Przestań się zadręczać. Ja i tak prawdopodobnie umieram - ostatnie słowa wypowiada szeptem, a w jego brązowych tęczówkach błyszczy ból.
- Nie. Ty nie umrzesz - odpowiadam stanowczo. - Nie pozwolę na to. Nie, dopóki ludzie nie poznają prawdziwego Liama Payne'a - chłopak kręci głową. Wiem, że to brzmi absurdalnie, ale nie chcę, żeby Liam zniknął. Tak naprawdę go nie znam, ale nie chcę odwiedzać jego grobu. - Śpij. Musisz odpoczywać - mówię, chcąc zakończyć tę dyskusję. On jednak nie kłóci się ze mną. Widać, że nie czuje się dobrze i zamyka oczy. Kiedy upewniam się, że zasnął opuszczam pomieszczenie.
Chcę dowiedzieć się czegoś więcej o jego chorobie, więc udaję się do gabinetu jego lekarza. Pukam do drzwi i słysząc ciche zaproszenie wchodzę do środka.
- W czym mogę pomóc? - pyta doktor, spoglądając na mnie znad okularów.
- Liam powiedział mi, że jest chory, być może śmiertelnie, ale chciałabym się dowiedzieć, czy nie da się nic dla niego zrobić - zaczynam ostrożnie, nie wiedząc na ile mogę sobie pozwolić nie naruszając jego prywatności.
- Liam ma rzadką odmianę białaczki. Nie jest ona bardzo agresywna, ale dość szybko postępowała. Zleciłem szczegółowe badania krwi, ale wyniki będą dopiero jutro i wtedy będziemy myśleć nad możliwym leczeniem - odparł.
- Och... - jąkam się. - Czy mógłby mnie pan zawiadomić, kiedy będzie coś wiadomo? - pytam z wahaniem.
- Dobrze. Ale idź już do domu, dziecko. Nic tutaj nie zdziałasz.
- Dziękuję - mówię jeszcze i opuszczam gabinet. Tak jak mi kazano, postanawiam wrócić do domu i przyjść tu znowu rano, choć nie jestem pewna czy będę mogła zasnąć.
***
Wstaję z samego rana, by jak najszybciej się czegoś dowiedzieć i udaję się na przystanek autobusowy. Po kilku minutach nadjeżdża pojazd, który zawiezie mnie pod szpital. Żeby droga mi się nie dłużyła wkładam w uszy słuchawki i puszczam coś co powinno poprawić mi nastrój. Kiedy jestem już w budynku kieruję się od razu do Liama, chociaż korci mnie, żeby zapytać się o wyniki. Na korytarzu nie widać zbyt wielu osób, ale ciężko się dziwić, jest przecież wcześnie. Między innymi dlatego dziwię się widząc, że chłopak, do którego zmierzam już nie śpi. Gdy wchodzę do sali podnosi na mnie wzrok i lekko uśmiecha się. Wygląda lepiej niż wczoraj, choć nadal widać po nim skutki tego wypadku.
- Cześć - mówię, siadając obok niego.
- Cześć. Co tu robisz tak wcześnie? - pyta.
- Myślę, że czułam się winna i postanowiłam przyjść z samego rana do ciebie - Liam krzywi się na moją odpowiedź, ale nic nie mówi. - Jak się czujesz?
- Jest okej. Dali mi środki przeciwbólowe i da się przeżyć - robi dobrą minę do złej gry, ale ja wiem, że złamane żebra cholernie bolą.
- Przepraszam. To wszystko moja wina - szepczę.
- Nie chcę nawet tego słuchać - oznajmia gwałtownie. - To nie jest twoja wina. Nie miałaś na to wpływu - otwieram usta, żeby coś powiedzieć, ale zostają one zasłonięte dłonią Liama. - Koniec tematu i nie próbuj więcej do tego wracać, okej? - kiwam głową, a on zabiera rękę. Zapada cisza. Wyglądam przez okno w drzwiach na korytarz i widzę zbliżającego się lekarza.
- Przepraszam Cię na chwilę, zaraz wrócę - oznajmiam i wychodzę. Idę w kierunku mężczyzny, a ten zatrzymuje się przede mną.
- Dobrze, że jesteś. Chodźmy do mojego gabinetu, nie będziemy o tym rozmawiać na środku korytarza - oznajmia zanim zdążę się chociaż przywitać i zawraca nie oglądając się na mnie. To było dziwne, ale staram się zignorować złe przeczucie i niepokój rodzący się głęboko w moim umyśle. Lekarz siada za biurkiem, a ja zajmuję miejsce po drugiej stronie.
- Czy mógłby mi pan, powiedzieć w końcu o co chodzi? - pytam go.
- Są wyniki - przerywa na chwilę, żeby zdjąć okulary i zacząć je czyścić brzegiem fartucha. - Sprawdziliśmy to trzy razy, bo wydawało się to niemożliwe, ale okazuje się, że twój chłopak jest całkowicie zdrowy - kończy, a ja robię wielkie oczy.
- Jak to możliwe? Przecież mówił pan, że Liam ma białaczkę i że szybko ona postępowała? - nic nie rozumiem.
- Bo tak było. Porównywaliśmy poprzednie wyniki z tymi, które teraz otrzymaliśmy. Na tamtych widać to bez wątpienia, że chłopak miał białaczkę, ale teraz nie ma po tym śladu - tłumaczy. - Medycyna nie ma na to wyjaśnienia. To cud i musimy przekazać to Liamowi, który w to nie uwierzy.
- Jak to nie uwierzy? Przecież to najlepsza wiadomość jaką może usłyszeć - dziwię się, choć nawet mi to co usłyszałam wydaje się niemożliwe.
- W każdym bądź razie musisz pomóc mi go przekonać, że to prawda.
- Okej. Zrobię co mogę - kiwam głową.
- W takim razie chodźmy - lekarz wstaje i kieruje się z powrotem do sali Liama. Podążam za nim, choć nie mam pojęcia jak mamy przekonać Liama, że to prawda. Kiedy wchodzimy do środka chłopak spogląda na mnie zdziwiony. No tak, po co miałabym rozmawiać z jego lekarzem. Siadam na łóżku koło niego i uśmiecham się łagodnie. Chcę wziąć go za rękę, ale odsuwa się i patrzy na mnie takim wzrokiem jakby spodziewał się najgorszego.
- Liam - zaczynam. - Wiem, że to niemożliwe i że naprawdę ciężko będzie ci w to uwierzyć, ale...
- Jeżeli przyszłaś mi powiedzieć, że umieram to nie kończ - przerywa mi. - Ja to wiem.
- Liam, ty nie umrzesz - kręcę głową i zanim mi przerwie kontynuuję. - Nie umrzesz, bo jesteś całkowicie zdrowy - chłopak patrzy na mnie z niedowierzaniem. Po chwili jego twarz przybiera maskę, jest całkowicie wyprana z emocji.
- Takich kłamstw tym bardziej nie chcę słuchać. Dlaczego nie możesz uwierzyć, że to koniec? - pyta. W jego oczach błyszczą łzy.
- Liam - odzywa się lekarz. - Ona nie kłamie. Powtarzaliśmy te badania kilka razy i za każdym razem wykazywały, że jesteś zdrowy. To wyglądało tak jakby nagle wszystko się odwróciło, jakby tego nowotworu nigdy nie było - chłopak nadal nam nie wierzy. - Możesz wreszcie normalnie żyć i nie martwić się, że w każdej chwili możesz umrzeć. Wiem, że to trudne, ale taka jest prawda. Nie potrafię tego wytłumaczyć. To cud. Po prostu cud - mężczyzna wzrusza ramionami. Brakuje mu słów. - Przemyśl to. Ja już pójdę - mówi jeszcze i wychodzi.
- Myślę, że ty też powinnaś już pójść - Liam nie patrzy na mnie.
- Dobrze. Pójdę, ale musisz w to uwierzyć - ściskam jego dłoń. - Liam, możesz zacząć od nowa. Nie musisz się już od wszystkich izolować - mówię jeszcze i zostawiając na stoliku karteczkę z moim numerem telefonu, wychodzę.
***
*miesiąc później*
Na niebie słońce stoi już wysoko, jego promienie przyjemnie grzeją mi twarz. Idę spokojnym krokiem do szkoły. Wreszcie jest piękna pogoda. Jestem tak szczęśliwa, że nie zepsuje tego nawet ta zapowiedziana kartkówka z matmy. Kiedy docieram na miejsce mam jeszcze kilka minut do lekcji, więc wyciągam książkę. Kocham czytać, a ta opowieść bardzo mnie wciągnęła. Jednak zbyt długo mi się to nie udaje, bo już po chwili moje oczy zostają zasłonięte. Wstaję i odwracam się.
- Liam! - krzyczę, rzucając mu na szyję. - Wreszcie przyszedłeś do szkoły, leniu - śmieję się. - Jak tam samopoczucie?
- Świetnie. W końcu wszystko zaczyna się układać - uśmiecha się.
- Tak się cieszę. Wreszcie ludzie poznają Liama Payne'a! I nie pozwalam ci już więcej być taki jak wtedy. Teraz jesteś zdrowy i masz się nie chować, zrozumiano? - nie mogę powstrzymać uśmiechu.
- Tak jest, proszę pani! - chłopak staje na baczność i salutuje. Oboje nie wytrzymujemy i zaczynamy się śmiać. - -Teraz już wszystko będzie dobrze.
Jak to możliwe?! Najpierw wypadek, a potem to, że nie jest chory! Szok! Wielki szok! Nie spodziewałam się tego!
OdpowiedzUsuńHappy end! To takie do Ciebie nie podobne! Nie wiem czemu tak uważasz, ale moim zdaniem cały imagin jest super!
Hmmm... co by tu jeszcze napisać?
Życzę weny i mam nadzieje, że następny imagin pojawi się szybko!
Edzia :*