Strony

niedziela, 16 listopada 2014

101. Louis

Hej!
101. imagin! Wow! Jak 101 dalmatyńczyków :P No więc to jest imagin napisany przez moją siostrę (która ma swój skończony blog i niedługo rusza z następnym, ale zakazała mi dać do czegokolwiek linka), a ja poprawiłam błędy :) Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Do nexta :*
March


          Wsiadłam do autobusu. Ledwo było gdzie stanąć, bo wszyscy o tej porze wracają do domów. Usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości, więc położyłam torbę na ziemi i wyjęłam telefon. Dwie nowe wiadomości od Louisa. Otworzyłam jedną z nich, a jej treść sprawiła, że zaczęłam się gotować.
"Nie mogę dziś do ciebie przyjść. Przepraszam Kotku :*" 
          I to wszystko?! Czekałam prawie rok, żeby go zobaczyć, bo był w trasie, a on pisze, że nie może?! Dobrze wiem, że wrócili tydzień wcześniej, ale najwidoczniej Louis postanowił udawać, że tak nie jest. Kliknęłam w drugą ikonkę sms-a.
"Mam nadzieję, że nie jesteś zła. Zadzwonię wieczorem." 
           Byłam tak zajęta tym wszystkim, że wysiadłam z autobusu w momencie, gdy zaczęły zamykać się drzwi. Szybkim krokiem doszłam do mojego mieszkania. Otworzyłam drzwi i rzuciłam klucze na szafę, buty w kąt korytarza, a bluzę powiesiłam na wieszak. Weszłam do pokoju ciągnąc za sobą torbę i opadłam zmęczona na fotel. Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na leżący od dawna na stole zakurzony list. Sięgnęłam po niego i rozerwałam kopertę.
"Droga córeczko.
Wiem, że prawdopodobnie nie chciałaś otwierać tego listu i leżał zbierając kurz, ale mimo wszystko, chcę żebyś wiedziała, że nie mogłam inaczej. Pewnie teraz uznasz, że to całkowicie bez sensu, ale zrobiłam to by cię chronić. Chciałam dla Ciebie jak najlepiej, a ja nie potrafiłabym się Tobą dobrze zaopiekować. W końcu jak 17-letnia dziewczyna może być dobrą matką? Kilka lat później byłam już dorosła i w miarę ustatkowana i urodził się Twój brat. Wiem, że wyda ci się to okrutne, bo Ciebie oddałam, a jego nie, ale dopiero wtedy zrozumiałam jaki błąd popełniłam robiąc to. Jednak było już za późno by Cię odzyskać.
Wreszcie Cię odnalazłam, ale jest już zbyt mało czasu, żeby choć trochę Cię poznać. Możliwe, że zastanawiasz się dlaczego. Wszystko przez złośliwy nowotwór. Tak, jestem chora i umieram. Dla mnie już jest za późno, ale twój brat bardzo chciałby Cię poznać.
Przepraszam i mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz.
Twoja Matka"
           Musiałam przeczytać ten list kilka razy by dotarły do mnie jego słowa. Po 19 latach napisała do mnie moja biologiczna matka. I co? Ona jest dla mnie zupełnie obcą osobą, nie rozumiem czego ode mnie oczekuje. Myśli, że od tak zadzwonię do swojego brata, żeby go poznać? To bez sensu, a oni nie są kimś na kim może mi zależeć.
           Mam dość. Złe emocje nagromadziły się we mnie i żeby je rozładować złapałam pierwszą rzecz, którą miałam pod ręką i rzuciłam nią o  ścianę. Okazał się nią wazon. Woda skapywała na podłogę, a potłuczone szkło i kwiaty rozsypały się dookoła.
            Nie mam siły tu siedzieć. Muszę gdzieś wyjść. Tylko gdzie? (I.T.P) wyjechała, Louis udaje, że nie ma czasu... Postanowiłam udać się do klubu i spróbować choć trochę rozerwać. Założyłam bordowe szorty i czarny, obcisły top. Do tego wysokie szpilki i mocny makijaż. Włosy zostawiłam rozpuszczone i gotowa wyszłam z domu. Ruszyłam do najbliższego, a jednak bardzo znanego i dobrego klubu. Już na zewnątrz słychać głośną muzykę i krzyki bawiących się ludzi. Kiedy znalazłam się w środku, poszłam do baru i zamówiłam drinka. Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam pięć bardzo znanych mi sylwetek. Ruszyłam w ich kierunku, ale zmieniłam zdanie, gdy zobaczyłam, że Louis, który podobno jest moim chłopakiem, zajmuje się jakąś laską. Okej, skoro on ma zamiar się tak bawić to dlaczego ja bym nie miała? Zaczęłam tańczyć z jakimś przypadkowym chłopakiem. Byłam w zasięgu ich wzroku, ale nie zdawali się zwracać uwagi na nikogo wokół. Piosenka zmieniła się na wolną, a ja dalej tańczyłam z tym chłopakiem.
       - Jak masz na imię piękna? - wymruczał mi do ucha.
       - (T.I), a ty? - posłałam mu zniewalający uśmiech, a brunet prawie zaczął się ślinić. W tym samym momencie, ktoś pociągnął mnie za ramię. Odwróciłam się i zobaczyłam Louisa.
        - (T.I)? Co ty tu robisz? - spytał zdziwiony.
        - A co można robić w klubie? - spytałam sarkastycznie. - Nie mogłeś się przyjść, więc postanowiłam bawić się sama - wyruszyłam ramionami.
        - Ale...
        - Nie tłumacz się. Nie chciałeś się ze mną spotykać to twój wybór, ale to nie oznacza, że ja siedzieć w domu i użalać się nad sobą, bo znalazłeś sobie lepsze towarzystwo. A teraz przepraszam, ale przerwałeś mi rozmowę - odwróciłam się z powrotem do chłopaka, z którym tańczyłam. Kątem oka widziałam jak Louis idzie w kierunku wyjścia. Może jednak byłam za ostra? Odechciało mi się imprezować.
           Wyszłam z klubu i ruszyłam na pieszo do domu. Pomimo, że szatyn wkurzył mnie swoim zachowaniem czułam się winna, za go tak potraktowałam.

***

           Obudziłam się, gdy zaczął brzęczeć budzik. Szybko wstałam i ubrałam się w strój do biegania. Związałam włosy w wysokiego kucyka i wyszłam ze słuchawkami w uszach. Ruszyłam dobrze znaną trasą. Słońce już mocno grzało, a na niebie nie było żadnej chmury. Dość dziwna pogoda jak na Londyn, ale nie narzekam. Wyłączając wszystkie myśli skręciłam do parku. Jak zwykle było tu pełno ludzi, każdy zajęty sobą. Czasami zastanawiam się czy oni wiedzą, że są także inni ludzie po za nimi. Nagle mój telefon zadzwonił. Był to nie kto inny jak Louis Tomlinson. Zniechęcona miałam odebrać, kiedy ktoś na mnie wpadł. A może to ja wpadłam na niego?
       - Przepraszam - mruknęłam i miałam już iść dalej, ale zatrzymał mnie czyjś głos. Podniosłam głowę, ale nikogo znajomego nie widziałam.
        - (T.I)? - powtórzył chłopak na którego wpadłam.
        - Znamy się? - spytałam, mierząc go wzrokiem. Był to średniego wzrostu szatyn o zielonych oczach, ubrany w szary sweter i niebieskie rurki. Do tego szare Conversy.
        - Może ty mnie nie znasz, ale ja ciebie tak. Jestem Zeke. Twój brat  - oznajmił, a mi zakręciło się w głowie. Cholera, dlaczego to wszystko musi się dziać na raz? Szybko ruszyłam biegiem w przeciwnym kierunku. Słyszałam, że ten chłopak mnie woła, ale nie zatrzymywałam się. Łzy spływały po moich policzkach, pomimo że starałam się być silna. To mnie jednak mnie przerosło.
           Kiedy znalazłam się w swoim mieszkaniu, osunęłam na podłogę. Nie wytrzymałam i dałam upust wszystkim emocjom. Nawet nie wiem ile czasu tak siedziałam, wypłakując oczy, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Nie chciałam otwierać, ale ten ktoś dobijał się wołając w kółko:
        - (T.I) wiem, że tam jesteś! Otwórz proszę - ostatnie słowo było powiedziane tak cicho i z takim bólem, że nie potrafiłam tego zignorować. Stanęłam naprzeciwko mojego chłopaka. Choć nie wiem, czy nadal nim jest.
        - Po co przyszedłeś? - zrobiłam krótką pauzę, ale nie odpowiedział. - Chcesz, żebyśmy znów byli idealną parą? Może czegoś nie zauważyłeś, ale mam dosyć, że cały czas mnie ranisz! Jak mogłeś udawać, że nadal jesteś w trasie? Myślałeś, że się nie dowiem? Myślisz, że będę czekać na ciebie wiecznie? Widzę właśnie jak bardzo za mną tęsknisz! Tak bardzo, że odwołałeś nasze spotkanie. Ale wiesz co, Louis? To koniec. Mam tego wszystkiego dosyć, a teraz wyjdź stąd zanim zrobię Ci krzywdę - w jego oczach widziałam smutek, ale zamknęłam drzwi.
         Po mojej twarzy znów zaczęły spływać łzy. Za dużo tego wszystkiego jak na dwa dni. Chciałabym cofnąć się w czasie o te dwa lata, kiedy poznałam szatyna i jego przyjaciół. Wtedy wszystko było dobrze. A teraz? Teraz zerwałam z Louisem, chociaż cholernie go kocham i muszę się użerać z moją chcącą mnie poznać kochaną rodzinką.
         Chwiejnym krokiem poszłam do sypialni. Rzuciłam się na łóżko i płakałam, aż ukojenia nie przyniósł mi sen.

***

          Przez tydzień siedziałam w domu. Sama, pogrążona w rozpaczy. Cały czas miałam ochotę płakać, ale nie było już czym. Mój organizm był odwodniony, a w środku wielka pustka pożera wszystkie pozytywne emocje. Nic mi się nie chciało. Całe dnie spędzałam w łóżku, otępiała gapiąc się w sufit. Kocham Louisa i to boli, że nie ma go przy mnie, ale nie mogę na niego liczyć. Nigdy nie ma go, gdy potrzebuję by był obok. Próbuję wmówić sobie, że dobrze zrobiłam, ale wcale nie jestem już tego taka pewna.
          Usłyszałam dzwonek do drzwi, ale zignorowałam go. Pewnie zaraz sobie pójdzie. Jednak ten ktoś był bardziej upierdliwy i nie miał zamiaru zostawić mnie w spokoju. Wolnym krokiem poszłam i otworzyłam. Za drzwiami stała (I.T.P). No tak, ona o niczym nie wie. Spojrzała na mnie zmartwiona i bez słów przyciągnęła mnie do ciepłego uścisku. Po chwili odsunęłyśmy się od siebie, a ja zamknęłam drzwi.
         - To przez Louisa? - spytała, a ja pokiwałam twierdząco głową.
         - Zerwałam z nim... - szepnęłam, łamiącym się głosem.
         - Co?! Dlaczego? Przecież ty go kochasz! Mówiłaś, że go potrzebujesz, że sobie nie radzisz? Dlaczego to zrobiłaś? Nie rozumiem...
          - Och... Więc to ja jestem ta zła? To nie ja odwoływałam wszystkie nasze spotkania! To nie ja go zdradzałam! Nie ja zapominałam o ważnych datach! Nie ja, tylko on! Nigdy nie było go kiedy tego potrzebowałam! Ale mam wrażenie, że uważasz inaczej, więc może idź do niego, skoro lepiej się z nim dogadujesz! - ona mnie nie rozumiała. Jest moją przyjaciółką, a nic o mnie nie wie. Wezbrała we mnie złość i smutek. Nie mam nikogo. Wszyscy się ode mnie odwrócili...
          - Wyjdź stąd! Idź do swojego przyjaciela! Nie chce cię widzieć!
Nawet na mnie nie spojrzała. Wyszła bez słów, a ja znowu zostałam sama.

***

*miesiąc później*

         Ból. Samotność. Cierpienie. To tylko kilka z wszystkich emocji, które teraz odczuwam. Zastanawiam się, dlaczego to wszystko na mnie spadło. Czy jestem aż tak złym człowiekiem? Byłam roztrzęsiona i zła. Potrzebowałam wsparcia, a najbliższa mi osoba stanęła w obronie mojego byłego, zamiast jakkolwiek mnie pocieszyć. Takiej osoby nie można nazwać przyjaciółką. Może po prostu nigdy nią nie była?
           Mam wszystkiego dość. Co ja teraz mam zrobić? Spędzić kolejny miesiąc na użalaniu się nad sobą? Chyba powinnam myśleć pozytywnie, choć to trudne. Ale może po prostu to znak, żeby zacząć wszystko od nowa? Pojawił się we mnie impuls do działania. Chce zacząć od początku.
Weszłam do pokoju i zaczęłam pakować ubrania do walizki. Otworzyłam laptopa i włączyłam stronę tanich lotów. Kierunek - Los Angeles. Tam wszystko zacznę od nowa.
           Zawsze miałam mało rzeczy, więc udało mi się spakować wszystko co najważniejsze w dwie walizki, po czym zadzwoniłam do właściciela mieszkania, mówiąc że rezygnuję z wynajmu. Szybko wyszłam zamykając drzwi, a klucze zostawiłam pod wycieraczką. Mam trzy godziny do wylotu. Chciałam się z nimi pożegnać, ale po co? Przez cały miesiąc nikt się mną przejął, więc co to za różnica?

***

         Samolot wystartował. Zostawiam za sobą cały ten bajzel i zaczynam od nowa. Czy jednak uda mi się odnaleźć na innym kontynencie, w całkiem obcym mi kraju, gdzie nie znam nikogo? Włożyłam słuchawki i wybrałam losowe odtwarzanie. Usłyszałam pierwsze dźwięki "Half a heart" i od razy zachciało mi się płakać. Szybko przewinęłam na następną piosenkę i weszłam do listy, żeby usunąć wszystkie ich utwory. Zbyt bardzo przypominają mi o przeszłości. Po skończeniu tej czynności zaczęłam przyglądać się widokowi za oknem, aż nie zasnęłam.

***

*perspektywa Louisa*

         Minął miesiąc odkąd (T.I) ze mną zerwała. Nie potrafiłem jednak o niej zapomnieć. Wszystko jeszcze bardziej utkwiło w mojej głowie i cały czas dawało o sobie znać. Nadal ją kochałem, ale wiem, że ją zraniłem.
         - Louis, czy nas wogóle słuchasz? - głos Harry'ego wyrywa mnie z zamyślenia. Spojrzałem na moich przyjaciół, którzy patrzyli na mnie ze zmartwieniem. Ostatnio nie idzie nam najlepiej, bo jestem beznadziejny i nie potrafię się na niczym skupić. Nie wiem jakim cudem jeszcze ze mną wytrzymują. 
         - Przepraszam was, chłopaki, nie mogę się skupić - wyznałem zgodnie z prawdą.
          - Wciąż o niej myślisz? - spytał Niall, a ja skinąłem głową.
          - To dlaczego przez cały miesiąc nie próbowałeś nawet jej odzyskać? - spytał nieco zirytowany Liam. Ze wszystkich on najbardziej był na mnie zły.
          - Nie wiem... Po prostu się boję.
          - Okej, wynocha stąd. Masz iść do niej i wszystko naprawić - powiedział Harry z wielkim uśmiechem na ustach i popchnął mnie w stronę drzwi. No cóż, może jednak warto spróbować.
          Wybiegłem stamtąd i wsiadłem do mojego samochodu. Pojechałem do jej mieszkania. Wbiegłem po schodach i zadzwoniłem do drzwi. Otworzył mi jakiś facet.
          - Ja do (T.I) - powiedziałem nieco zdezorientowany.
          - Pani (T.I) (T.N) już tutaj nie mieszka, a ja nie wiem gdzie możesz ją znaleźć. Do widzenia - poinformował mnie obojętnym głosem i zamknął drzwi. Więc jest już za późno. I co ja mam teraz zrobić?

***

*Perspektywa (T.I), rok później*

           Wysiadłam z samolotu. Bałam się powrotu do Londynu, ale jednak to zrobiłam. W Los Angeles nie okazało się jednak tak super jak myślałam i coraz częściej pisałam z moim bratem. Chciałam go poznać w realu, bo te wszystkie rozmowy przez internet nie powiedzą ci jednak zbyt wiele o człowieku. Tak naprawdę niewiele się zmieniło. Przez cały rok z dala od Louisa moje uczucia się nie zmieniły. Nadal go kocham i choć tego nie rozumiem, nie mogę o nim zapomnieć. Mimo wszystko, odczuwam lęk na myśl o spotkaniu go. Każdy krok na tym wielkim, pełnym ludzi lotnisku przyspiesza bicie mojego serca. Wspomnienia wracają. To właśnie stąd rok temu wylatywałam do Ameryki, by o nim zapomnieć. Nie miało to sensu, gdziekolwiek bym była to uczycie nie znikało, a tęsknota do niego rosła z dnia na dzień.
           Wsiadłam do taksówki i podałam adres mojego brata. Po chwili byłam w jednej z bogatszych dzielnic Londynu. Cholera, nie wiedziałam, że on mieszka w takim miejscu. Kiedy samochód się zatrzymał, sprawdziłam czy to na pewno tutaj i zadzwoniłam do drzwi. Po chwili Zeke stanął przede mną. Objął mnie, choć wcale tego nie chciałam, ale jego to nie wzruszyło.
          - Cześć - posłał mi jeden z pięknych uśmiechów, którymi pewnie podrywa dziewczyny. Muszę przyznać, że jest przystojny, ale nie jesteśmy do siebie ani trochę podobni. Odwzajemniłam gest, wchodząc do jego domu.
           - Hej - spojrzałam na niego nie wiedząc gdzie mam iść.
           - Tędy - wskazał drogę do jednego z wielu pokoi. Był to ogromny salon. Wystrój nie przypadł mi do gustu. Wszystko było takie drogie i sztywne.
           - Chcesz się tu zatrzymać czy będziesz szukać sobie mieszkania? - spytał siadając na wielkiej puchowej kanapie.
            - Jeśli mogłabym to na jakiś czas bym się tu zatrzymała, aż czegoś nie znajdę - odparłam, dalej stojąc w wejściu i oglądając pokój. Na jasnych ścianach wisiały obrazy, sufit zdobił wielki, diamentowy żyrandol, a  ciemne meble były rozstawione bardzo symetrycznie.
          - Kto tu urządzał? - spytałam bez większego zaciekawienia. Chcę stąd uciec, bo nie czuję się tu komfortowo, ale hotele kosztują majątek.
          - Nasza matka. Ten dom odziedziczyłem po niej... Wiesz zmarła 8 miesięcy temu - w jego oczach widać było smutek, gdy to mówił. Ja jednak go nie czułam, ponieważ nigdy jej nie spotkałam. - Chodź, pokażę ci pokój - powiedział po chwili ciszy. Wzięłam walizkę i ruszyłam za nim po schodach na górę. - Myślę, że ten pokój będzie ci odpowiadał - stwierdził otwierając jedno z pomieszczeń.
          Pokój był średniej wielkości, urządzony skromniej niż salon. Beżowe ściany, dwuosobowe łóżko w kącie, obok biurko, a nad nim wielkie okno z widokiem na przepiękny ogród. Po przeciwnej stronie stała komoda i regał z książkami. Koło drzwi wejściowych do pokoju były drugie prowadzące do łazienki, gdzie znajdowała się wielka wanna z milionem funkcji, umywalka, ogromne lustro i toaleta. Wszystko było takie idealne, sztywne i odpychające. Nie było żadnego przytulnego kącika, gdzie czułbyś się bezpiecznie i swobodnie.
          -To ja się teraz rozpakuję, a jeśli nie masz nic przeciwko to później rozejrzałabym się po okolicy - powiedziałam do Zeke'a.
          - Okej, czuj się jak u siebie w domu - powiedział jeszcze i wyszedł. Słyszałam jego kroki na schodach, a potem zapanowała straszna cisza.
           - Ta, na pewno będę się czuła w tym wielkim zamku jak u siebie - mruknęłam pod nosem i odpięłam walizkę.
           Po pół godzinie wszystko było już rozpakowane. Wzięłam grubszy sweter i wyszłam. Ruszyłam do pobliskiego i bardzo dobrze znanego mi parku. Jak zawsze było tu mnóstwo ludzi. Przyglądałam się małym dzieciom bawiącym się na placu i przechodniom spacerującym alejkami, gdy zauważyłam parę trzymającą się za ręce. Śmiali się, zapatrzeni w siebie. Szybko schowałam się za jedno z drzew przy ścieżce. Zobaczyłam jak on ją całuje. Do moich oczy naleciały łzy. Dlaczego Louis jest teraz z (I.T.P)? Czyżby moja była przyjaciółka mówiła to wszystko tylko dlatego, że chciała mi go zabrać? Suka tylko czekała, aż z nim zerwę, by być tą, która szlachetnie pomoże mu zapomnieć.
         To był cios poniżej pasa. Jestem taka głupia. Myślałam, że on będzie na mnie dalej czekał? Co ja sobie wyobrażałam? Poczekałam, aż mnie miną i ruszyłam biegiem z powrotem do domu mojego brata. Nie wiem co działo się wokół mnie. Usłyszałam klakson samochodu, który by mnie potrącił, gdyby ktoś nie pociągnął mnie za rękę.
        - (T.I)? - usłyszałam znajomy zachrypnięty głos, a po chwili patrzyłam w dobrze znane mi szmaragdowe oczy, przysłonięte brązowymi lokami. - Wszystko dobrze? - spytał.
         - Jasne, wszystko okej - uśmiechnęłam się sztucznie i chciałam już iść, ale Harry dalej trzymał mnie za rękę.
         - Kiedy wróciłaś? - nie miałam ochoty na rozmowę, ale najmłodszy członek One Direction nie dawał mi spokoju.
          - Dzisiaj przyjechałam do brata, ale nie jestem pewna czy tu zostanę - znowu spróbowałam wyrwać rękę z jego uścisku, jednak nie miałam tyle siły.
          - On wie? - spytał, a ja dobrze wiedziałam, że ma na myśli Louisa.
          - Nie i niech tak zostanie. Widziałam jaki jest szczęśliwy z (I.T.P) - mruknęłam nie mogąc nic poradzić na gorycz w moim głosie. Nie próbowałam jednak już uciekać, bo Harry miał taki wyraz twarzy jakby koniecznie musiał mi coś powiedzieć.
          - Chyba nie powinienem ci tego mówić, ale on jest z nią tylko dlatego, że przez pół roku udawała, że też cierpi z powodu twojego zniknięcia i go rozumie. Twierdziła, że powinni się wspierać. Tylko Louis nie widział jak ona ściemnia, a potem wyznała mu swoje uczucia, a on zgodził się spróbować - chłopak wzruszył ramionami. Nie do końca zrozumiałam to co właśnie powiedział, ale nie podoba mi się to.
           - Harry! - podbiegł do nas Niall. - Musimy już iść! - krzyknął, a potem mnie zauważył. - (T.I), wróciłaś! - blondyn przytulił mnie na powitanie, to mnie tak rozczuliło, że musiałam się uśmiechnąć.
           - Proszę nie mówcie mu, że wróciłam - spojrzałam na nich błagalnie, na co oni tylko kiwnęli głową i odeszli. Wolnym krokiem udałam się do domu. Przed wejściem otarłam łzy i sztucznie się uśmiechnęłam.
           - Wróciłam! - krzyknęłam na cały dom, a po chwili Zeke stał koło mnie.
           - Płakałaś? - miałam ochotę przeklnąć, ale tylko się zaśmiałam.
- Nie, to po prostu alergia - skłamałam, mając nadzieję, że brzmi to choć trochę wiarygodnie.
           - Chodź, zrobiłem obiad - powiedział tylko i zaprowadził mnie do jadalni.

***

           - Halo? - spytałam odbierając telefon od nieznanego numeru.
           - Hej, tu Harry. Moglibyśmy się spotkać? - spytał, lekko dziwiąc mnie tą propozycją.
           - Hmm... okej. Pasuje ci za pół godziny w Starbucksie koło parku?- spytałam patrząc na zegarek. Za trzy godziny idę oglądać mieszkanie, więc powinnam zdążyć.
           - Jasne, do zobaczenia - powiedział jeszcze i się rozłączył. O czym on może chcieć gadać?
           Przebrałam się z dresu w luźną bluzkę z flagą Wielkiej Brytanii, czarne rurki i tego samego koloru Conversy za kostkę. Wzięłam torbę i wyszłam. Po 15 minutach byłam na miejscu, gdzie Harry już na mnie czekał. Usiadłam obok niego.
          - Cześć, zamówić ci coś? - spytał z uśmiechem.
          - Nie, dzięki. Po co chciałeś się spotkać? - zapytałam, a chłopak odgarnął swoje loki.
          - Dokończyć naszą rozmowę - popatrzyłam na niego nie wiedząc, o czym mówi.
          - Pamiętasz? Wpadłaś na mnie tydzień temu.
          - Aha, o tym mówisz - przypomniałam sobie każde słowo z tej rozmowy. - Myślałam, że ją skończyliśmy - mruknęłam zdziwiona. Harry uśmiechnął się do mnie ukazując przy tym urocze dołeczki.
         - No w tym problem, że nie - zaśmiał się nie wiem z czego. - Wyjechałaś żeby zapomnieć? - spytał.
         - No, tak. Chyba nie po to by sobie pozwiedzać Amerykę - prychnęłam pod nosem.
         - Wyluzuj. I udało ci się? - patrzył na mnie wyczekującym spojrzeniem. - Zapomnieć o nim? - skinął głową.
         - Nie, nie udało mi się. Zadowolony? - spytałam sarkastycznie.
         - Bardzo - spojrzałam na niego jak na wariata, na co uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Bo on też o tobie nie.
        - (T.I)? - podniosłam wzrok i utonęłam w jego błękitnych oczach, a moje serce przyśpieszyło.
        - Hej - powiedziałam nieśmiało. Dlaczego nagle zabrakło mi języka w gębie?
        - Wróciłaś? - spytał z niezręcznym uśmiechem.
        - Ja was zostawię - Harry wstał od stołu i ruszył do wyjścia.
        - Tak - kiwnęłam głową.
        - (T.I)! - usłyszałam pisk mojej byłej przyjaciółki. Chciała mnie przytulić, ale ją odepchnęłam. Zrobiła zdziwioną minę, po czym przytuliła się do Louisa, który stał i patrzył się na mnie.
        - Wiesz, że od pół roku jestem z Lou? - blondynka wyszczerzyła się do mnie.
        - Tak, Harry coś wspomniał - posłałam jej sztuczny uśmiech. - Przepraszam, muszę iść - nie mogłam patrzeć na tę dwójkę.  Szybkim krokiem wyszłam z lokalu, a do oczy napłynęły łzy. Szłam szybko, kiedy ktoś złapał mnie za rękę i odwrócił. Okazało się, że to Louis.
         - Po co za mną poszedłeś? Przecież byłeś na randce z (I.T.P). Wracaj do swojej dziewczyny.
         - Czekałem na ciebie cały rok, a ty mi zaczynasz pieprzyć o (I.T.P)? (T.I), kocham cię, czy możesz to zrozumieć? Ile razy będę ci to musiał powtarzać?
         - Zawsze - powiedziałam z uśmiechem, a potem go pocałowałam. Był zdziwiony, ale od razu odwzajemnił pocałunek. Kiedy się od siebie oderwaliśmy spojrzałam mu w oczy i nachyliłam się do jego ucha, by szepnąć:
         - Kocham cię, głuptasie.

2 komentarze:

  1. Awww... jaki romantyczny koniec.
    Nie, żeby coś, ale widać, że dużo tu poprawiałaś, dopisywałaś, itp., bo imagin jest przesiąknięty twoim stylem pisania.
    A tak szczerze mówiąc to fajnie było choć raz Tobie powytykać błędy, których nie znalazłaś sprawdzając.
    Świetny imagin, chętnie bym poznała autorkę ^^ szkoda, że wolała zostać anonimowa xd
    Życzę weny!
    Edzia :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znasz ją doskonale, a poza tym zaraz wylądujesz za oknem.
      Ups! :)

      Usuń