Trzymajcie się cieplutko i miłego jutrzejszego dnia. ps. Idziemy do szkoły...
Ale tylko 3 dni :)))
wasza Julu♥
Wchodzę do domu, w którym panuje dziwna cisza. Rozbieram buty, a kurtkę rzucam na wieszak.
- Wróciłem. - Mówię to bardziej do siebie, bo wiem, że jej tu nie ma.
Wchodzę do kuchni. Wszystko wygląda tak samo, ale mi bardzo czegoś brakuję. Jej. Opieram się o blat i odchylam głowę do tyłu. Robię głęboki wdech i wypuszczam powietrze ze świstem. Postanawiam, że jednak o niej zadzwonię. Wyciągam telefon z kieszeni i drżącymi rękami wybieram jej numer. Zaczynam liczyć. Pierwszy sygnał... drugi...trzeci...szósty. W końcu włącza się poczta głosowa. Zdenerwowany ciskam telefonem przed siebie, a on ląduje na podłodze. Nie dbam jednak o to, czy co mu się stał. Znów głęboko oddycham. Muszę się z tym pogodzić. Muszę wreszcie przyjąć do wiadomości, że pozwoliłem jej odejść.
- Nie ma jej już. Zrozum to. - Wypowiadam te słowa na głos, jakby to powodowało, że mój mózg szybciej to przyswoi. To nie takie proste.
Po jakiś trzydziestu minutach całkowitego odrętwienia odrywam się od blatu i idę do łazienki. Wchodzę pod zimny prysznic, który skutecznie wyrywa mnie ze "śpiączki". Wychodzę z łazienki i ubieram zwykłe, szare dresy i obcisły t-shirt. Postanawiam chwilę pobiegać. Muszę oczyścić umysł. Wychodzę z domu zabierając tylko butelkę wody i klucze. Zaczynam biec. Zatrzymuję się dopiero, gdy dobiegam do centrum. To znaczy, że zrobiłem 8 kilometrów. Wbiegam do parku i kładę się na trawie. Zamykam oczy. Nie mam siły nawet oddychać. Promyki ostatniego słońca przesuwają się po mojej twarzy. Nie chcę wstać. Przeraża mnie perspektywa zrobienia o raz kolejny 8 kilometrów, ale jeszcze bardziej przeraża mnie powrót do tego pustego domu. Karcę się, że znów myślę o niej. Muszę do niej zadzwonić. Szukam telefonu, ale w kieszeniach znajduję tylko jakieś grosze. Cholera. Muszę do niej zadzwonić. Siadam n trawie i tępo wpatruję się przed siebie. Nagle dostrzegam pomarańczową budkę telefoniczną. Zrywam się jak oparzony i dobiegam do niej w jakieś 10 sekund. Zdenerwowany wrzucam pieniądze i wybieram jej numer. Wcale mnie to nie dziwi, że znam go na pamięć. Znów zaczynam liczyć sygnały. Jeden... dwa... trzy...
- Tak słucham? - Jej głos paraliżuje mnie całkowicie.
Tak słucham - te słowa dźwięczą mi w uszach, sprawiając, że moje serce przyspiesza.
- Halo? -Jej zniecierpliwiony głos wypełni słuchawkę.
- Cześć. To ja. Proszę porozmawiaj ze mną.
- Nie mamy o czym rozmawiać, Louis. - Boli mnie to, w jaki sposób wymawia moje imię.
- Proszę cię. Musimy porozmawiać. - Mój głos staje się coraz bardziej piskliwy.
Słyszę jak wzdycha.
- No dobrze, spotkajmy się jutro o 16 w... - Jej głos zastępuję długi, ciągły sygnał.
Rzucam słuchawką i uderzam pięścią o plastykową szybę. Ludzie patrzą na mnie podejrzliwie.
- Uspokój się. - Szepczę do siebie, jakby to miało pomóc.
Wychodzę z klaustrofobicznej budki telefonicznej i zdenerwowany puszczam się biegiem przed siebie. Biegnę do domu. Muszę do niej zadzwonić. Ja i moje cholerna szczęście. Jakoś w połowie drogi przystaję zdyszany i nie mam siły dalej biec. Siadam na chodniku, bo moje płuca odmawiają posłuszeństwa. Nienawidzę słabości. Nie mogę się teraz poddać. Pomału wstaję i truchtem biegnę dalej. W końcu docieram do domu. Jeszcze nigdy nie byłem tak zmęczony jak w tej chwili. Otwieram drzwi i od razu wpadam do kuchni. Podnoszę telefon z podłogi, bo właśnie tam wylądował po moim ataku bezradności. Odblokowuję ekran. Jeden sms.
Okej, spotkajmy się dzisiaj. Mam czas. Chyba należą ci się wyjaśnienia. Przyjdź do mnie, gdy go przeczytasz. Tu masz adres
Czytam go jeszcze raz i jeszcze raz. Muszę iść. Moje ciało jest już tak zmęczone, ale umysł nie przyjmuje tego do wiadomości. Wchodzę jeszcze do łazienki i biorę naprawdę ekspresowy prysznic. Przebieram się w czarne dżinsy i koszulę w kratę. Po kilku minutach już jestem w drodze. Mijam kolejne przecznice, klnąc na korki w tym mieście. W końcu przyjeżdżam na miejsce. Dom numer 29. Jest to taki sam domek jak wszystkie inne stojące w tej okolicy. Skromny, uroczy, parterowy dom jednorodzinny z wąskim i długim ogródeczkiem. Wspaniały dla niej.
Zdenerwowany staję przed drzwiami i naciskam kilka razy dzwonek. Nic się nie dzieje. Powtarzam tę czynność bardziej natarczywie. Po chwili w drzwiach staje ona, a moje serce zamiera. Ma takie same krótkie, brązowe włosy i te same piękne zielone oczy, których tak mi brakuje.
- Cześć. - Uśmiecham się, nie mogąc zapanować nad samowkradającym się uśmiechem.
Skina głową.
- Dziękuję, że zgodziłaś się spotkać. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy. - Czuję jak kropelki potu spływają mi po karku.
- Stwierdziłam, że powinieneś wiedzieć. - Jej głos jest raczej pozbawiony emocji.
Po chwili zauważam zaokrąglony brzuch dziewczyny.
- Jesteś w ciąży?! - Naprawdę się zaskoczyłem.
Brunetka rumieni się lekko.
- Tak, jestem...
- Ale kiedy...? - Naprawdę nic nie pojmuję.
- Och, to nie ty jesteś ojcem Louis. - Spuszcza wzrok.
TO NIE TY JESTEŚ OJCEM. Wydaję mi się, że to zdanie wypala mi się w umyśle. Nie jestem ojcem. Zaciskam pięści.
- Gratuluję... Nie wiem, co powiedzieć. - Żadne taktowne słowa nie przecisną mi się przez usta.
- Posłuchaj. Nie było cię sześć miesięcy. To naprawdę szmat czasu. Pół roku, Louis. Ja wiem, że w trasie czas płynie inaczej, ale dla mnie było to o wiele za dużo. Zaczęłam się spotykać z Jordanem. Później wróciłeś na kilka dni. Nic nie zauważyłeś. Nie poczułeś, że za tobą tęskniłam. Wiem, że źle zrobiłam, że cię zdradzałam, ale ciebie cały czas nie było... Gdy znów wyjechałeś po tych kilku dniach, miałam ochotę naprawdę zrobić coś głupiego, ale wtedy był przy mnie Jordan. A potem zaszłam z nim w ciążę i za nim ponownie wróciłeś po tych czterech miesiącach, wprowadziłam się do niego. Po prostu nie mogę być w związku z osobą, której cały czas przy mnie nie ma. Mam nadzieję, że to rozumiesz? - Wpatruje się we mnie.
Kiwam z wolna głową. Nie było mnie, kiedy byłem potrzebny. Znów kogoś straciłem.
- Posłuchaj, ja wiem, że ci ciężko, ale ja nie chcę cię obwiniać. Sam wiesz, że nie układało się między nami najlepiej...
- Wiem. Okej ja już pójdę. Dziękuję, że zgodziłaś się porozmawiać. Życzę ci wspaniałego nowego życia i... szczęścia. - Czuję, że muszę stąd odejść, bo zaraz wybuchnę płaczę.
Odwracam się i ruszam w stronę samochodu. Boli mnie, że nawet nie próbuje mnie zatrzymać. Wsiadam do auta. W lusterku widzę, jak stoi i przytula się do tego całego Jordana. Cholera. Odjeżdżam, jak najszybciej. Nie chcę tego oglądać. Mam dość. Zatrzymuję się jednak na poboczu i wysiadam z samochodu. Zdenerwowany uderzam w maskę. Do oczu napływają mi łzy. Przecież ja ją kocham. Pozwoliłem jej odejść. Jestem kretynem. Wyjmuję z kieszeni paczkę papierosów i trzęsącymi się rękami wyjmuję jednego. Zapalam go pospiesznie. Muszę odreagować. Nie wiele myśląc wsiadam do auta i jadę do miasta. Parkuję samochód w centrum i wchodzę do pierwszego, najbardziej nieprzyzwoitego klubu jaki zobaczyłem. Klub znajduje się w piwnicy. Pomieszczenia wypełnia mieszanka różnych dymów i zapach alkoholu. Podchodzę do baru. Zamawiam dwa czyste drinki, a gdy tylko je dostaje wypijam je duszkiem. Zamawiam kolejne. Po chyba pięciu kolejkach podchodzi do mnie jakaś dziewczyna. Siada obok mnie i jakby nigdy nic zaczyna rozmowę. Gada i gada, ale ja wcale nie zwracam uwagi na potok słów wydobywający się z jej ust.
- Chcesz drinka? - Przerywam jej gwałtownie.
- Już myślałam, że nie zapytasz. - Dopiero teraz zauważam jej skąpy strój.
- Występujesz tutaj? - Nie mam pojęcia o czym ma z nią gadać.
Zaczyna się śmiać.
- Nie, to mój strój do kościoła. - Uśmiecha się figlarnie.
Podaję jej drinka, a sam wypijam kolejną czystą whiski.
- Czyżby dziewczyna? - Unosi brew.
Śmieję się gorzko.
- Aż tak widać?
- Wiesz, widzę takich pięciu dziennie. Mogę cię zabawić, jeśli chcesz?
- To propozycja?
- Oczywiście. Uwielbiam proponować.
- Nie zrozum mnie źle, ale chyba nie jestem aż tak załamany, żeby korzystać z twoich usług. - Nie wierzę w to co słyszę.
- Jak chcesz. Wcale się nie chwalę, że jestem najlepsza. Ale jak nie, to nie. Muszę spadać, zaraz mój występ. - Opróżnia szklankę jednym łykiem, po czym wstaje z krzesła i znacząco ociera się o mnie.
Później gubię ją w tłumie. Zamawiam kolejnego drinka. Straciłem już rachubę.
Nagle zaczynają grać jakiś skoczny kawałek. Podnoszę się z krzesła i ruszam chwiejnym krokiem na parkiet. Czuję, że alkohol już płynie w moich żyłach. Moja pewność siebie wzrosła o sto procent od czasu, gdy tu przyszedłem. Na parkiecie jest wiele osób dość skąpo ubranych. Moją uwagę przykuwa szczupła blondynka w czarnych obcisłych dżinsach i krótkim neonowym topie. Idę w jej stronę. Gdy mnie zauważa uśmiecha się przelotnie.
- Cześć. - Krzyczę jej do ucha, wykonując przy tym jakiś skomplikowany taniec.
- Hej. - obdarowuje mnie uśmiechem.
- Jesteś sama?
Kiwa głową. Plus dla mnie.
- Chodź, postawię ci drinka. - Ciągnę ją za rękę w stronę baru.
Siadam na krześle, a ją sadzam sobie na kolanach.
- Czego sobie życzysz? - znów mówię wprost do jej ucha.
Blondynka uśmiecha się, po czym zamawia u barmana dwa drinki. Obracam się na fotelu tak, że dziewczyna siedzi teraz twarzą do mnie oparta o blat barku. Próbuję skoncentrować wzrok na jej twarzy, ale moje oczy widzą niższe partie jej ciała.
- Widzę, że jesteś bardzo odważny. - Unosi moją głowę, tak, że teraz patrzę w jej oczy. - Po prostu jestem pijany. - Nie do końca dociera do mnie to co mówię.
- Widzę. Trudno nie zauważyć. - Dziewczyna przywiera do mnie ustami.
Od razu odwzajemniam jej odważny pocałunek. Moje ręce wędrują na jej biodra i przyciągam ją bliżej do siebie. Jej ręce zaczynają krążyć w moich włosach. Jej długie palce naprawdę są niesamowite. Pogłębiam pocałunek. Staję się coraz bardziej zachłanny. Nie zastanawiam się już nad tym co robię. Moje ręce wędrują teraz pod jej podkoszulek.
- Nie tutaj. - Szepcze mi do ucha, gdy odrywamy się od siebie, żeby zaczerpnąć tchu.
Stawiam blondynkę na ziemi i sam wstaję z krzesła. Piję ostatniego drinka, wyjmuję kilka banknotów i kładę je przed kelnerem. Znów ciągnę dziewczynę za rękę, tym razem w stronę wyjścia.
_______________________________________________________________________
Otwieram oczy i od razu stwierdzam, że nie jestem w swojej sypialni. Chyba nawet nie jestem u siebie w domu. Leżę nie ruchomo w miękkiej pościeli i dopiero po chwili zauważam blondynkę leżącą obok. Śpi. Cholera, co było wczoraj. Usiłuję sobie cokolwiek przypomnieć, ale bez skutku. Po cichu wychodzę z łóżka, zakładam swoje ubrania i opuszczam pokój. Okazuje się, że to hotel. Zmierzam korytarzem do windy. Wychodzę przed budynek i zaczynam poszukiwania swojego samochodu. W końcu udaje mi się znaleźć moje auto. Wsiadam i od razu kieruję się tam, gdzie mieszka najlepsza osoba pod słońcem.
_______________________________________________________________________
- Cześć. Co ty tu robisz tak wcześnie? - (t.i.) otwiera mi drzwi ubrana w przydługi t-shirt z napisem "WSTAŁAM!".
- Potrzebuję rozmowy. - Nie mam siły owijać w bawełnę.
Dziewczyna natychmiast staje się poważna i wpuszcza mnie do środka.
- Przepraszam, że wyglądam jak wyglądam, ale jest 5:37 w sobotę. Napijesz się czegoś? - Pyta.
- Szklankę wody poproszę. Przepraszam, nie wiedziałem, że jest tak wcześnie. - Siadam przy stole kuchennym. W pomieszczeniu panuje uporządkowany bałagan. Po prostu cała (t.i.). Dziewczyna stawia przede mną napój i siada naprzeciwko.
- No, słucham. - Świdruje mnie swoim czujnym wzrokiem, dzięki któremu jeszcze bardziej nie potrafię się skupić. Głowa mi pęka.
- Louis. - Chwyta moją dłoń. - Co się stało? - Jej niebieskie oczy są już całkiem rozbudzone.
- Rozstaliśmy się. Ona jest w ciąży z jakimś kolesiem, którego sobie znalazła, gdy mnie nie było. Nawet nie wiedziałem, że to aż 10 miesięcy. Wczoraj z nią rozmawiałem. Gdy powiedziała, że jest w ciąży czułem się... Moje serce po prostu oszalało, ale później dodała, że to nie ja jestem ojcem. To tak, jakby mnie spoliczkowała. Nie rozmawialiśmy długo, nawet nie zaprosiła mnie do środka. Musiałem stamtąd uciec, bo inaczej na pewno bym się rozpłakał. Z resztą płakałem, ale dopiero w samochodzie. Niewiele myśląc pojechałem do klubu, upiłem się, później wsiadłem w samochód z jakąś laską, a dzisiaj rano obudziłem się w jej łóżku. - Urywam i wypijam całą wodę.
- Wsiadłeś po pijanemu do samochodu?
- Nie wiem, nie pamiętam. Dziś rano samochód stał pod tym hotelem, gdzie spędziłem noc. Może ona kierowała.
- Ona?
- No... ta dziewczyna.
- Nie pamiętasz nawet jej imienia?
Chowam twarz w dłoniach. Czuję, że się stoczyłem. Naprawdę jestem wycieńczony i wściekły na siebie.
Po chwili czuję, jak (t.i.) przytula moją głowę do swojego brzucha. Obejmuje ją w udach i pojedyncze łzy kapią na jej bluzkę.
- Już jest okej. Uspokój się, wszystko będzie w porządku. - Jej palce krążą po mojej głowie.
Stoimy tak przez kilka dobrych minut. Naprawdę nie chciałem się rozkleić, ale znowu mi nie wyszło.
- Chodź. Musisz odpocząć ty mój skacowany przyjacielu. - Chwyta moją dłoń i wędruje ze mną do swojej sypialni.
- Tylko raz pozwalam ci tu spać. I tylko dlatego, że jesteś w tak cholernym stanie. - Wskazuje głową na łóżko.
Pomału siadam na materacu, po czym owijam się kołdrą. Jest jeszcze ciepła. (t.i.) obchodzi łóżko i kładzie się obok mnie. Odwraca się na bok, tak, żeby widzieć moją twarz. Robię to samo. Leżymy w ciszy zwróceni ku sobie.
- Zaśpiewaj mi coś. - Proszę ją.
Kręci głową, ale po chwili zaczyna nucić jakąś spokojną melodię.
Zamykam oczy. Od razu pojawia się jej twarz, ale jest trochę bardziej niewyraźna. Muszę się z tym pogodzić. Ona odeszła i tyle... Muszę to zrozumieć... Dźwięki piosenki cichną, a przed moimi oczami pojawia się ciemność. Zasypiam.
_______________________________________________________________________
Budzę się tym razem w pustym łóżku. Głowa już nie boli, więc wstaję i ścielę łóżko. Wymykam się z sypialni (t.i.) i za smakowitym zapachem jedzenia wędruję do kuchni. Dziewczyna już ubrana stoi przy kuchence i gotuje jakieś smakowite rzeczy.
- Pięknie śpiewasz. - Opieram głowę na jej ramieniu i zaglądam na patelnię, na której przypiekają się okrągłe ziemniaczki.
- Nieprawda. - Śmieje się lekko i kręci głową.
- Jesteś głodny, czy nadal kacyk męczy? - Pyta.
- Nie bądź niemiła. Jestem okropnie głodny.
- To idź myj ręce i do stołu, ty wielki dzieciaku. - Wypycha mnie z kuchni.
Idę do łazienki z lekkim uśmiechem pod nosem. Uwielbiam (t.i.) i nie mam pojęcia co bym bez niej zrobił. Jest moją najlepszą przyjaciółką i rozumie mnie jak nikt inny. Przemywam twarz zimną wodą i dopiero teraz zauważam jak wyglądam. Trzydniowy zarost, podkrążone oczy, blada twarz. Przydałby się prysznic. Wychodzę z łazienki i wracam do kuchni.
- Pomóc ci w czymś? - dziewczyna nakłada jedzenie na talerze.
- Możesz wyjąć coś do picia.
Otwieram szafkę i wyjmuję z niej dwie szklanki. Z lodówki wyciągam wodę i stawiam to na stole. (t.i.) podaje obiad.
- Kurczak! - Uwielbiam jej kurczaka.
Siadam i zaczynam jeść. Dziewczyna co jakiś czas mnie upomina, żebym nie jadł tak szybko, ale ja właśnie uświadamiam sobie, że nie miałem niczego w ustach od jakiś 24 godzin. Po obiedzie sprzątam wszystkie naczynia, a dziewczyna przypatruje mi się.
- Jak się czujesz? - Wiem, że pyta o ból tak zwanej "duszy".
- Cały czas o niej myślę. To nie takie proste zapomnieć o osobie, która wydawała się twoją drugą połówką.
Cisza.
- Gdyby to była twoja druga połówka nie pozwoliłbyś jej uciec. Troszczyłbyś się o nią, zrywałbyś się z koncertów, żeby pobyć z nią choć przez chwilę. Według mnie ty jej nie kochałeś, Lou. - Dziewczyna wpatruje się we mnie swoimi ciemnymi tęczówkami.
Zastanawiam się nad jej słowami. Rzeczywiście nie układało się między nami najlepiej. Nawet, gdy byłem w domu zawsze byliśmy jakoś daleko od siebie.
- Może masz rację. - Przygryzam lekko wargę.
- Musisz to przeżyć Louis. Znajdź sobie nową dziewczynę, tylko proszę cię zapytaj najpierw o imię zanim zaciągniesz ją do łóżka. - Znów się uśmiecha.
- Ej, to wczoraj się nie liczy. Byłem pijany.
- Mogłeś przynajmniej zachować fason. A za to, że wsiadłeś pijany za kierownicę powinieneś dostać kopa w dupę, Louis. - (t.i.) jest bardzo poważna.
- Wiem. Nigdy więcej. Obiecuję.
- Mam nadzieję. Chodź. - Znów idziemy do jej sypialni.
Kładziemy się do łóżka, a blondynka włącza telewizor.
- Mogę cię o coś zapytać? - Biorę głęboki oddech i wyczekująco się w nią wpatruję.
Zaciekawiona kiwa głową.
- Co ci się we mnie podoba?
Spuszcza wzrok i chyba się rumieni.
- Jako w chłopaku, czy przyjacielu?
- Chłopaku.
- Włosy. - Odpowiada po chwili namysłu.
- Włosy? Serio? Dzięki (t.i.). Liczyłem na jakieś muskuły, usta, może jakieś cechy charakteru, oczy, a ty mi mówisz włosy.
- Bo ja lubię twoje włosy. Są takie miłe w dotyku i zawsze mnie śmieszą. Wyglądasz w nich uroczo, a zarazem pociągająco. - Dziewczyna zaczyna bawić się moimi kosmykami.
- Serio?
Przytakuje i nie przestaje się nimi bawić.
- Pociągam cię? - Wypalam bez zastanowienia.
(t.i.) odrywa rękę i patrzy na mnie zaskoczona.
- Nie musisz odpowiadać. - Zamykam oczy, chcąc zapaść się pod ziemie.
- Louis jesteś moim przyjacielem i...
- I nie chcesz tego zniszczyć. - Kończę za nią.
Kiwa głową.
- Wiesz, gdybyś mi teraz powiedział, że mnie kochasz chyba bym uciekła. I to nie dlatego, że mnie nie pociągasz, bo naprawdę jesteś przystojny. Ale ja po prostu bałabym się o naszą przyjaźń. To, że na przykład leżę z tobą w jednym łóżku i czuję się swobodnie i bezpiecznie świadczy tylko o tym, że naprawdę jesteś moim przyjacielem. Gdybym leżała tutaj z jakimś innym chłopakiem, pewnie zapadłabym się pod ziemię. Byłabym na pewno bardzo zawstydzona i no wiesz... - Rumieniec wkrada się na jej policzki.
Uśmiecham się mimo woli.
- Nie męcz się już, rozumiem o co ci chodzi. - Obejmuję ją i przytulam.
Dziewczyna kładzie rękę na moim brzuchu, a głowę chowa w moją klatkę piersiową.
- Dziękuję. - Szepcze jej do ucha.
- Wiesz, że nie ma za co. - Podnosi się i siada na łóżku.
Zapada krótka cisza.
- Mam jedną wolną znajomą, myślę, że by ci się spodobała. Ma na imię Carie. Jest naprawdę ładna i zgrabna. Mogę cię z nią umówić...
Wstaję z łóżka.
- Nie.
- Okej. - podnosi ręce w geście poddania się. - Jak nie Carie to jest jeszcze Anabell...
- Nie chcę żadnej z nich. - Wpatruję się w nią.
- O nie, Louis. Powiedz, że nie chcesz mnie... - jej głos przechodzi w cichy błagalny szept.
- Nie mogę tego powiedzieć. - Kręcę głową.
- Czy ty nie słyszałeś o czym przed chwilką do ciebie mówiłam?
- Louis proszę cię.
- Nie musisz nic dzisiaj mówić. Nie chcę dziś twojej odpowiedzi. Rozumiesz?
- Tak.
- Idę już. - Podchodzę bliżej i nachylam się do (t.i.), po czym całuję ją w noc, tak jak zawsze. - Dziękuję, kocham cię. - Wychodzę z pokoju dziewczyny.
Wsiadam do samochodu i spoglądam w lusterko. Naprawdę ją kocham. Chyba zawsze kochałem. Szkoda, że dopiero teraz to sobie uświadomiłem.
Wybiegam z samochodu i jeszcze raz wracam do domu blondynki. Dzwonię do drzwi.
Otwiera i wpatruje się we mnie zdezorientowana.
- Nie chcę, żebyś myślała, ze zrobiłem to pod wpływem chwili. Naprawdę się w tobie zakochałem i to nie dzisiaj, ale gdy cię poznałem. Dokładnie siedem lat temu. Przez te siedem lat poznawałem cię i zakochiwałem. W sumie dopiero teraz to sobie uświadomiłem.
- Louis...
- Nie odpowiadaj. Nie chcę naciskać. Nie chcę znać dzisiaj odpowiedzi. Jeśli to będzie NIE, zrozumiem, ale nie mów tego dzisiaj.
- Dobrze. - Całuje mnie w policzek. - Nic nie powiem... - Wręcza mi w ręce kopertę.
- Co to?
- Napisałam to, chyba jakieś siedem lat temu. Po balu maturalnym, gdy widziałam jak całowałeś się z Nency.
Nie mam ci tego za złe, przecież to była twoja dziewczyna, ale i tak to napisałam. Nie czytaj tego teraz. Idź do samochodu i tam otwórz kopertę. - zamknęła drzwi.
Wsiadłem do auta i od razu rozerwałem zieloną kopertę.
To głupie. Wiem. Ale, gdy ją całowałeś gotowałam się w środku. Miałam ochotę podejść do was i uderzyć cię, a potem zacząć całować. Nie mogłam patrzeć, jak wplata te swoje paluchy w twoje włosy. Pewnie nigdy, ci tego nie dam i nigdy ci tego nie powiem. Pewnie ty też nigdy mnie o to nie spytasz. Kocham twoje włosy Lou. Kocham cię całego.


Uoo, jaki słodkie zakończenie. A cały imagin - fantastyczny! Tylko Ty potrafisz tak genialnie pisać ♡
OdpowiedzUsuńA i tak na marginesie - 'Jesteś w ciąży?!' niczym w 'Modzie na skukces' hasztag hahahah xD
Jutro do szkołyy ja nie chcę :<
~Misia :}
Boże, to było takie mega!! Najpierw on pojechał do tej laski, która z nim zerwała i ja się spodziewałam jakiejś totalnej dramy w stylu samobójstwo itp. A tu taki piękny koniec!! <3
OdpowiedzUsuńJulu, jesteś boska :** najlepszy imagin ever ^^
PS. Powodzenia na jutrzejszym sprawdzinie z matmy :**
dziękuję :) naprawdę mi się miło zrobiło. ps. nie było sprawdzianu z matmy (taniec szczęścia)
Usuń