Hej, ludzie!
Imagin kończony na szybko, więc nie bijcie za końcówkę :) Ale to dlatego, że bardzo chciałam złożyć Wam jeszcze dzisiaj życzenia. Zdrowych, radosnych świąt, wymarzonych prezentów, cudownej atmosfery i wszystkiego dobrego. Ogólnie wesołych świąt!
Wasza, March
Przedzieram się przez gąszcz drzew, wdrapując na wydmę. Ocieram łzy i przystaję spoglądając na rozciągającą się przede mną plażę. Nie ma tu zbyt wielu osób. W końcu w zimie nie jest to raczej przyjemne miejsce. Wiatr targa moje włosy, kiedy wpatrując się w horyzont ruszam przed siebie. Pomimo grubych podeszw w butach czuję jak pod moimi stopami przesypuje się piasek. Mniej więcej w połowie drogi do wody siadam na ziemi.
Nie czuję zimna, nie czuję szczypiącego moje policzki mroźnego wiatru. Czuję jedynie ból przepełniający moją duszę i gorące łzy powoli zasychające na mojej twarzy.
Obiecał. Obiecał, że będzie zawsze przy mnie. Obiecał, że nigdy mnie nie opuści. Zaklinał się, że mnie kocha i że jestem całym jego światem. I co? I nic. Nie ma go. Powiedział, że jestem nikim i nigdy nic dla niego nie znaczyłam. Dlaczego? Dlaczego tak diametralnie zmienił swoje zdanie? Co jest ze mną nie tak? Czym zawiniłam?
Niewiele myśląc rozsznurowuję buty i podchodzę bliżej. Fale obmywają moje stopy. Woda na pewno jest lodowata, ale ja jestem tak zmarznięta, że dla mnie jest kojąco letnia. Nie zważając na mokre teraz spodnie wchodzę głębiej, aż fale sięgają mi do pasa. Czy gdybym teraz zanurzyła się tutaj ktoś by to zauważył? Czy ktoś pamiętałby o mojej beznadziejnej, nic nie wnoszącej dla świata osobie? Czy ktokolwiek by tęsknił? Moje ciało przechodzi dreszcz, łzy od nowa znaczą trasę na policzkach. To boli. Boli jak cholera. Każde uderzenie mojego złamanego serca jest gorsze niż poprzednie. Czy jeszcze kiedyś będzie biło normalnie?
Patrzę jak słońce obniża się, powoli zanurzając się w morzu. Dla mnie ono już nigdy nie wzejdzie. Już nic nie będzie takie samo.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że inni ludzie obdarowują się teraz prezentami, dzielą opłatkiem i cieszą ze świąt, podczas gdy ja chcę zapomnieć, że jakiekolwiek istnieją. Ale nie da się zapomnieć.
Słońce gaśnie, a wraz z nim moja nadzieja. Opadam z sił. Kolana uginają się pode mną. Zanurzam się cała w słonej, zimnej wodzie. Nie walczę o oddech. Kiedy go wypuszczam i powstrzymuję się od zaczerpnięcia następnego w całym ciele czuję swój puls. To niesamowite.
Jednak nic nie trwa wiecznie. W jednym momencie zamykam oczy chcąc opaść na dno, a w następnym czuję ujmujące mnie pod pachami ręce i zostaję wyciągnięta na powierzchnię. Poddaję się kiedy wyciągają mnie na brzeg. Nie chcę walczyć.
Zostaję położona na piasku, daleko od morza. Czyjeś smukłe palce ujmują delikatnie moją brodę i unoszą ją do góry. Przed sobą napotykam szmaragdowe tęczówki, które tak bardzo przypominają mi Jego. Jednak Jego oczy były nieco jaśniejsze, jak sprany t-shirt, a te wpatrujące się we mnie są głębsze i przepełnione bólem. Bólem, współczuciem i czymś czego nie potrafię odczytać. Chłopak wpatruje się we mnie intensywnie, jakby doszukując się jakiegoś wytłumaczenia mojego zachowania. Ciemne włosy targane przez wiatr spadają na jego twarz. Odruchowo wyciągam rękę i zbieram je stamtąd. Pod moim dotykiem lekko się wzdryga i sięga obok po leżący tam płaszcz. Musiał go zdjąć, kiedy biegł mi na ratunek. Otula nim moje ramiona.
- Jesteś lodowata - oznajmia tonem wyjaśnienia. Ma miły głos. Lekko zachrypnięty i ciepły.
Jak dotąd jest jedyną osobą, która dziś się mną przejęła. Nie pyta mnie o nic. Po prostu wstaje i wyciąga w moją stronę dłoń. Lekko ją chwytam i z jego pomocą także staję na nogi. Jest wyższy ode mnie. Nawet dość sporo. Obejmuje mnie ramieniem i zaczyna gdzieś prowadzić. Poddaję się jego ciepłemu dotykowi i idę z nim. W końcu gorzej być już nie może. Nie zwracam uwagi na to, że jestem bosa, dopóki nie stawiam stopy w śniegu. Nie ma go dużo, większość stopiła się od razu, gdy spadła. Zostały pojedyncze kupki, które już nie są pięknym białym puchem, a zmarzniętą, zbitą breją. Jednak nic nie mówię. Ból fizyczny jest niczym.
Nie idziemy daleko. Po paru minutach zatrzymujemy się przed dużym, białym domem. Chłopak mieszka naprawdę blisko plaży. Otwiera przede mną drzwi i lekko popycha do środka. Od razu ogarnia mnie ciepło tego wnętrza. Nie zauważyłam wcześniej, że drżę.
Brunet ściąga ze mnie przemokniętą kurtkę i sweter. Prowadzi do przestronnego salonu, utrzymywanego w różnych odcieniach beżu i bieli, gdzie sadza mnie w wielkim, miękkim fotelu. Wychodzi z pokoju i po chwili wraca z ręcznikiem i ubraniami w ręce. Ubrania kładzie na oparciu siedzenia, a ręcznikiem zaczyna suszyć mi włosy. To dość zabawne uczucie, kiedy tak mi je targa. Materiał zasłania mi twarz tak, że nic nie widzę.
- Wytrzyj się do końca i przebierz - mówi i ponownie znika w drzwiach.
Wzruszam ramionami i zdejmuję przyklejające się, mokre ciuchy. Sucha, zakładam przyniesione tutaj rzeczy, którymi okazuje się męski t-shirt i dresy i z powrotem siadam w fotelu. Wpatruję się w swoje dłonie, czekając na cokolwiek.
Tym razem chłopak niesie koc, którym mnie okrywa i dwa kubki kakao. Łapię jeden z nich ogrzewając ręce i zaciagając się tym pięknym zapachem. To wszystko jest naprawdę cudowne, ale nadal czuję się beznadziejnie.
- Dlaczego? - odzywam się słabo i spoglądam na smukłą sylwetkę chłopaka. Nie pyta o co mi chodzi. Dobrze to wie.
- Bo kiedyś byłem w tym samym miejscu - urywa na chwilę. - Kiedyś byłem równie złamany jak ty. - Posyła mi melancholijny uśmiech. - Też chciałem o wszystkim zapomnieć. Pozbyć się bólu, cierpienia... i tak jak ja ciebie, ktoś mnie uratował. Pokazał mi po co żyć.
- Ja nie zamierzałam się zabić - mówię. Czuję na sobie jego przenikliwe spojrzenie. - To samo tak wyszło...
- Wiem - kiwa głową. - Rozumiem - w jego głosie brzmi pewność. On naprawdę rozumie.
Upijam łyk gorącego napoju i spoglądam na niego. Nie wygląda na kogoś, kto mógłby czuć się beznadziejnie. Jest przystojny, miły i naprawdę dobry. Nie wiem co mogło go złamać, ale czuję wdzięczność. Wdzięczność za to, że o nic nie pyta, że jest, że rozumie.
- Jestem Harry - przerywa milczenie.
- (T.I) - odpowiadam cicho. Nadal nie spuszcza ze mnie wzroku. Mam wrażenie, że chciałby coś powiedzieć, ale zdaje sobie sprawę, że słowa nie na wiele się zdadzą.
- Więc... masz zamiar wrócić do domu? - pyta łagodnie. Kręcę głową.
- Ja nie mam dokąd wrócić.
Otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Cóż, moja sytuacja nie jest zbyt atrakcyjna, ale skoro już podjął się ratowania mojego nędznego istnienia to będę z nim szczera.
- Okej, nie ma problemu - odzywa się w końcu. - Zaraz wrócę. - Znów znika za drzwiami.
Piję swoje kakao, myśląc o tym wszystkim co się dziś stało. To był bardzo długi i trudny dzień. Chciałabym, żeby się już skończył.
- Zostawiła to u mnie moja siostra, mam nadzieję, że będzie dobra. - Harry podaje mi czerwoną sukienkę. Patrzę na niego z niezrozumieniem. - Przebierz się. Są święta, idę na kolację do rodziców, a ty nie zostaniesz sama - odpowiada na moje nieme pytanie. Kręcę głową.
- Nie mogę z tobą iść. - Patrzę na niego z wahaniem. Chłopak wzycha i klęka obok fotela.
- (T.I), to że ktoś cię zranił nie oznacza, że masz nie spędzić świąt w wesołym, rodzinnym gronie. Zapomnij choć na chwilę o tym co się stało. Jesteś piękna, młoda, świat stoi przed tobą otworem... - Brunet delikatnie chwyta moją dłoń. - Żyj chwilą. Na ten jeden wieczór bądź kim tylko chcesz. - Posyła mi piękny, łagodny uśmiech. - Więc jak będzie? Mogę pokazać ci prawdziwą magię świąt? - pyta, a w jego oczach błyskają wesołe iskierki. Ten chłopak jest naprawdę cudowny.
- Dobrze - odpowiadam niepewnie. Wcale nie chcę tego robić, ale ten zielonooki brunet mnie rozbraja. Jego uśmiech staje się jeszcze szerszy, a w policzkach pojawiają się urocze dołeczki. Podnosi się i podaje mi rękę. Pomaga mi wstać, żebym nie zabiła się o zaplątany koc i prowadzi do łazienki.
- Jeśli chciałabyś trochę się odświeżyć. W szafce koło lustra są ręczniki - mówi i zamyka za sobą drzwi.
Po wzięciu prysznica, zakładam przyniesioną dla mnie sukienkę, która okazuje się zadziwiająco dobra. Kiedy wychodzę z pomieszczenia Harry już na mnie czeka. Wygląda bardzo elegancko.
- Jesteś już - uśmiecha się łagodnie. - Bardzo ładnie wyglądasz. Chodź, musimy wychodzić. - Kieruje się do przedpokoju, gdzie podaje mi płaszcz.
- Umm... Harry? - bąkam zakłopotana.
- Tak?
- Nie mam butów - szepczę i czuję, że moje policzki robią się całe czerwone. Cholera,to najgorszy dzień w moim życiu.
- Ok... coś wymyślimy - wzrusza ramionami i zaczyna przeszukiwać szafkę z butami. - Wiem, że to nie najlepsza pogoda na takie buty, ale chyba nic innego dla Ciebie nie znajdę - podaje mi balerinki.
- Dziękuję - wkładam je. Są trochę za luźne, ale to moja wina. Trzeba było nie zostawiać swoich na plaży.
Kiedy docieramy na miejsce, wszyscy witają mnie gorąco, jakbym należała do rodziny. To miłe. Dzięki temu czuję przyjemne ciepło w środku. Niedługo udziela mi się panująca tu atmosfera i zapominam o wszystkim. Podchodzę do Harry'ego.
- Dziękuję - mówię z uśmiechem. - Za wszystko co dla mnie zrobiłeś.
- Nie ma za co - odpowiada i przytula mnie. - Po prostu wiem jak musiałaś się czuć. Nikt nie zasłużył na coś takiego, a zwłaszcza takie piękne dziewczyny jak ty. - Zakłada kosmyk moich włosów za ucho.
- Hej! Na co czekacie? Od czegoś ta jemioła tu wisi - krzyczy ktoś z głębi pokoju, a ja unoszę głowę do góry. Faktycznie wisi nad nami mała zielona gałązka.
- I co z tym zrobimy? - pyta chłopak z łobuzerskim uśmiechem. Wzruszam ramionami. Brunet pochyla się i składa na moich ustach delikatny, krótki pocałunek. - Nigdy więcej się nie smuć - szepcze, a ja uśmiecham się szeroko. Ten dzień chyba nie jest jednak taki zły.
Awww.. .. jak romantycznie!
OdpowiedzUsuńNie wiem czemu się czepiasz końca, bo dobry jest.
Wesołych świąt!
Edzia :*